Nie ufaj lustrom

Nie ufaj lustrom

Finish with my woman ’cause she…
Budzę się zmęczona, jak zwykle. Wyłączam budzik i jeszcze chwilę leżę bez ruchu. Nie pamiętam, co mi się śniło… to chyba znowu te… ech, pora wstawać. Siadam na łóżku i rozglądam się obojętnie po pokoju. Przyglądam się otaczającym mnie obiektom tak, jakbym widziała je pierwszy raz w życiu. Kto wie, może dziś widzę je po raz ostatni?
Biały sufit. Nic szczególnego, jeśli nie liczyć faktu, że to jedyne miejsce w pokoju, które nie jest niebieskie.
Bladobłękitna ściana „ozdobiona” wielkim, czarnym i strasznie koślawym MEH, które nabazgrałam podczas napadu złości. Napis jest absolutnie niezmywalny, bo stworzony przy użyciu gwoździa i permanenta. Nawiasem mówiąc, takie połączenie jest nieusuwalne nie tylko w przypadku ścian, jeśli wiecie, co mam na myśli. Teraz na pewno nie, ale kiedyś… może… w końcu to *MOJE* ciało. Jakby dla kontrastu tuż obok czarnego bazgrołu wisi ręcznie malowany obrazek przedstawiający bajecznie (upiornie?) kolorowe kwiatki w wazoniku; to prezent od którejś ciotki na któreś tam urodziny.
Niebieska toaletka zarzucona dziesiątkami lakierów do paznokci we wszystkich kolorach tęczy (trzeba zachowywać pozory, nie?) i kilkunastoma czarnymi. Ponadto lusterko w błękitnej oprawce, kilka szminek, dwa rodzaje zmywacza i mnóstwo innego badziewia do makijażu… długo by wymieniać.
Szafirowo-szary drapak z kocim gniazdem umiejscowionym na szczycie. Drapak jest zniszczony przez czas i moją kocią towarzyszkę. W środku leży Siwa i pomrukuje z cicha przez sen. Na mój widok otwiera leniwie oczy do połowy i obserwuje mnie od niechcenia, by po chwili znów zasnąć. To jej sposób na powitanie: bezgłośne i obojętne. Świetnie się rozumiemy.
Szafka nocna z taniej pilśni opatulona błękitną okleiną ze wzorem w modraszki siedzące na niezapominajkach. Na niej niebieski kamionkowy wazonik stojący na granatowej serwetce, a w nim zasuszone mumie róż od byłego chłopaka. O dziwo róże nie są niebieskie; mają kolor zblakłej krwi.
Całe mnóstwo innych, mniej lub bardziej ważnych rzeczy, a wszystkie w odcieniach błękitu. Matka naczytała się jakiś czas temu głupot w internecie, że niby niebieski kolor poprawia samopoczucie i usuwa złe myśli, po czym przemalowała mi na siłę pokój.
Idę do łazienki, myję zęby i twarz. Patrzę na swoje odbicie w lustrze. Cholera, znowu schudłam, wykończą mnie te nocne bitwy. Przyglądam się sobie jeszcze chwilę, ale na szczęście dzisiaj nie ma w lustrze nikogo innego poza mną. Cieszy mnie to, ale i tak muszę być czujna. Lustrom nie należy ufać, bo nigdy nie wiadomo, co czai się po ich drugiej stronie. Wracam do pokoju, ściągam piżamę i nakładam na siebie pierwsze lepsze ciuchy. Co za różnica, skoro i tak wszystko mam czarne?
W końcu zwlekam się na dół i kieruję się ociężale do drzwi. Chyba odpuszczę sobie dzisiaj pierwszą matematykę, i tak jestem już spóźniona o jakieś 20 minut. Po drodze zgarniam z blatu kuchennego jakieś… coś… coś jakby… sama nie wiem… zresztą nieważne.
– Znowu wstałaś lewą nogą, kochanie? – pytanie dobiega znad stosu kanapek przesłaniających twarz mamy… lub kogoś, kto wygląda jak ona. Chociaż wyraźnie słyszę jej głos, to wcale nie znaczy, że to właśnie mama zadała pytanie. Ciemność może kryć się wszędzie, zawsze i w każdym, toteż muszę być wiecznie czujna i nie ufać nikomu. Wszyscy są podejrzani – obcy, znajomi, przyjaciele (jakbym jakichś miała), nawet rodzina. W szczególności rodzina. Rzucam okiem w stronę talerza. Nie, wszystko w porządku, to naprawdę mama.
– Um. Może – odpowiadam od niechcenia.
– Z czym chcesz kanapkę do szkoły?
– Mhm… z niczym. Kupię sobie jakieś tam, nooo… no wiesz. To co zawsze.
– Dobrze wiesz, że śmieciowe jedze…
Biorę plecak i wychodzę, zanim zdąży mi odpowiedzieć. Po chwili przystaję pod drzwiami zmieszana i zagryzam wargę. To było niemiłe. Może lepiej wrócić i przeprosić? Nasłuchuję przez chwilę; dochodzi do mnie stuk zmywanych naczyń i chlupot wody. Nie, nie mogę z powrotem wejść do mieszkania, to postawiłoby mnie w bardzo niekomfortowej sytuacji. Pewnie poczułabym się jak ostatnia idiotka stojąc pośrodku pokoju ze spuszczoną głową i mamrocząc przeprosiny. Zresztą po co mam przepraszać?! Przecież teraz wszystko jest w porządku i czuję się, hm… doskonale! Właśnie tak, mam!… doskonały nastrój… i w ogóle… hm… lecz jeśli tak jest w istocie, to dlaczego zalewa mnie poczucie wstydu i pogardy dla samej siebie? Przecież nie zrobiłam nic złego… a może się mylę? Może ciągle wszystko psuję, od głupiego wyjścia z domu po sam cel mego nędznego istnienia? Kogo ja próbuję oszukać… jestem beznadziejną córką, chciałabym zniknąć… och, ale wtedy…
Niedobrze, chaos w mojej głowie narasta i osacza moją świadomość ciernistym murem czarnych pnączy. Czuję, jak z natłoku gotyckich myśli wyłania się Tousana. *Nieprzebudzona* Tousana, żeby była jasność, w formie czystego, emanującego nienawiścią zła. „O rany, nie, nie, nie teraz, tylko jej mi tu jeszcze brakowało…”, przemyka mi przez głowę. Muszę się uspokoić i odesłać ją wgłąb siebie albo dojdzie do rękoczynów. Co prawda Tousana jest moim aniołem stróżem i źródłem mojej mocy, ale obudzona nie w porę mogłaby doprowadzić do mojego przedwczesnego i niezamierzonego samobójstwa. To jak nikotyna – w niewielkich dawkach uspokaja i pomaga rozjaśnić myśli, ale wystarczą dwa gramy więcej i umrzesz w drgawkach widząc ludzi z cienia. W tej chwili Tousana *nie jest* miła i pomocna; jeśli jakoś jej nie powstrzymam, to zacznie przejmować kontrolę nad moim ciałem, mięsień po mięśniu, komórka po komórce, aż w końcu zaciśnie moje własne ręce na mojej szyi albo coś w tym stylu. Oczywiście nie mogę do tego dopuścić, toteż skupiam się na drzwiach. Drzwi. Nie, to nie drzwi, to pole walki, w której stawką jest moje życie. Drzwi. Skup się. Drzwi. Drzwi wciąż są otwarte, a zatem wciąż mam szansę naprawić to, co zepsułam! No, przynajmniej częściowo… mniejsza. Drzwi są nieważne, ale z ich pomocą zapanuję nad swoją rozszalałą psychiką i uspokoję rosnącą falę samodestrukcji, zanim całkiem pogrążę się w odmętach histerii. Zamykam oczy i liczę do dzie… do trzech. Już prawie nad sobą panuję. Staram się zamknąć drzwi łagodnie. Skupiam całą swoją wolę w prawej ręce, walcząc z Tousaną o kontrolę nad naszym moim ciałem. Ręka zaczyna drżeć z wysiłku, gdy spierają się w niej dwie wrogie siły. Strasznie swędzi mnie kciuk. Zagryzam mocniej wargi, czuję w ustach krew. Drzwi zamykają się centymetr po centymetrze, powoli, cicho, delikatnie. Szpara robi się coraz mniejsza. Jeszcze kawałek… jeszcze tylko jeden cholerny kawałek…
*stuk*
Uff, udało się. Nie trzasnęłam nimi z całej siły jak zazwyczaj, dzięki czemu spełniłam dobry uczynek, naprawiłam wyrządzone szkody, zamknęłam bramę do świata otchłani itd., czy też, mówiąc prościej, odesłałam mroczną wersję Tousany z powrotem do podświadomości. Hura, dzień uratowany. Póki co jestem bezpieczna… chyba, że znowu zacznę się zamartwiać jakąś pierdołą i przypadkowo przebudzę Tousanę poza wyznaczoną porą.
Bycie Czarną Apostołką nie jest proste, ale nie mam w tej materii nic do powiedzenia. Taka się urodziłam. Naznaczona. Splugawiona. Nieczysta. To ciężkie brzemię, ale dzięki niemu uniknę wiecznego potępienia, którego cień wisi nade mną od zawsze. Zresztą nie się co martwić, zostało mi już tylko kilkadziesiąt dusz i będę wolna.

*****

Na dużej przerwie idę za szkołę zapalić. Fajki. Faaajki. Nie paliłam już od rana, ciągnie mnie do dymu jak muchę do lampy UV. Nikotyna pomaga mi rozjaśnić myśli i oczyścić umysł z syfu. Jestem w połowie papierosa, kiedy pojawia się sześcioosobowa grupka znienawidzonych debilek. Ignoruję je i nie zwracam uwagi na szydercze uwagi czynione z bezpiecznej odległości.
– Spierdalajcie, bo wam nakopię – rzucam od niechcenia, ale na tyle głośno, żeby usłyszały. Coś tam trąbią, rżąc jak rozpłodowe klacze, ale nie zwracam na nie…
Cholera, czuję, że Krąg nadchodzi. Muszę się opanować albo zrobi się rzeźnia. Walczę w nocy nie tylko z powodu zwiększonej mocy, ale również dlatego, że gdybym rzuciła się na kogoś w biały dzień, na ulicy, to znowu zamknęliby mnie w psychiatryku, a ja nie chcę tam wracać za żadne skarby. W dzień skupiam się jedynie na znajdowaniu celów, które oczyszczam w nocy… tak to przynajmniej wygląda w teorii, bo czasami zdarza się tak potężny Mroczny, że jedyną opcją jest albo natychmiastowa walka, albo ucieczka na odległość co najmniej kilkudziesięciu metrów. To dlatego czasami „bez wyraźnego powodu” wybieram inną drogę albo zaczynam biec w losowym kierunku. Inni zwyczajnie nie widzą tego, co widzę ja.
– Ostrzegam was… jeszcze słowo… a rozpierdolę wam te… śliczne… bu… buźki… – cedzę w ich stronę, zanim całkiem stracę panowanie na swoim ciałem.
„Tou, musimy to robić właśnie *teraz*?! Co się do cholery dzieje?”, pytam rozpaczliwie walcząc o jeszcze kilka sekund swobody.
„Jedną z nich opętał niesamowicie potężny wężowy demon siódmego stopnia, nie ma chwili do stracenia!”, rzecze dziarsko Tousana. Szlag, nie cierpię demonów-węży.
„Słuchaj, Tou, ja wszystko rozumiem, ale to naprawdę *NIE JEST* właściwy moment. Dlaczego nie uciekniemy jak zwykle?”
„Jeśli uciekniesz, to ta blondi w różowej miniówie zginie w przeciągu najwyżej dwóch godzin. Na pewno chcesz być jedną z ostatnich osób, które widziały ją żywą?”
„Cholera, to chyba jasne, że nie. Uch… ale postaraj się, żeby…”
„No to wpuść mnie. No już, otwieraj Bramę!”
„Dobra, bierz mnie… ale załatw to tak, żebym to nie ja… nie ja była agresorką… to ona ma się rzucić na mnie… pierwsza… inaczej znowu… Tou, proszę…”, szepczę tracąc ostrość wzroku. Zaczyna się.
Za każdym razem jest trochę inaczej, ale początkowe objawy zawsze są takie same – zawroty głowy i silne mdłości. Tamte laski… zaczynają się robić dziwne. Ich cienie się wydłużają, one się wydłużaj ą, budynek szkoły wyciąga się coraz wyżej ku górze; wszystko dąży do zbiegnięcia się w jednym punkcie osadzonym gdzieś wysoko na niebie. Ich sylwetki nagle przestają być ludzkie, ręce czernieją i powiększają się do niebotycznych rozmiarów, z zakrwawionych twarzy zioną czernią puste oczodoły, a z całego ciała wyrastają setki ohydnie obłych nibynóżek sięgających ku sekretom schowanym głęboko w mojej głowie. Wszystko wokół szarzeje, kolory stopniowo blakną, aż w końcu znikają zupełnie. Otacza mnie smętnawa szarość, w której istnieję tylko ja i czarne, nieludzkie postaci zbliżające się do mnie. Czas płynie coraz wolniej. Szarość, szare niebo. Czerń, śmierć. Szarość. Znowu czerń. Ich śmiech powtarza się echem rodem z zaciętej płyty. Zbliżają się. Nie wiem, czym są w tej chwili, ani czym ja jestem. Właściwe pytanie nie brzmi „czym są”, lecz „kiedy to się dzieje”. Świat dookoła mnie jest niby taki sam, ale jednak nie do końca. Mam wrażenie, że jego zmieniony wygląd jest konsekwencją nieprawidłowego czasu, skutkiem czegoś dużo bardziej skomplikowanego, niż tylko obdarcie z kolorów i garść zaburzeń postrzegania. Ha, mogę śmiało stwierdzić, że LSD daje lepsze efekty! A zatem kiedy to się dzieje? Nie wiem. Poruszam się po tym miejscu na wyczucie. Wiem tylko tyle, że ciemność istnieje w pewnych proporcjach we wszystkim, ale nie zawsze jest groźna dla otoczenia. To jak nowotwór, który nie zawsze musi przekształcić się w raka. To dlatego w Kręgu zawsze wszystko jest przesycone ciemnością; Krąg wyciąga i wzmacnia tę ciemność, a wówczas ja jestem w stanie ją pokonać.
Sześć migoczących cieni zbliża się do mnie. Są już tak blisko, że rozróżniam na oko ich aury, ale mimo wszystko to wciąż zbyt duży dystans. Muszę poczekać jeszcze kilka sekund. Śmiech, czerń, śmierć i szarość. Udało się, zatrzymały się na wyciągnięcie ręki ode mnie. Ich ciemność pragnie zlać się ze mną, by pochłonąć moją świadomość. To śmiertelnie niebezpieczna, ale zupełnie standardowa czynność, która zawsze przydarza się podczas moich działań, toteż poddaję się ich woli. Heh, tańczenie na linie nad przepaścią z zasłoniętymi oczyma to dla mnie normalka. Nibynóżki szczelnie oplatają moje ciało, czuję ich śliski dotyk na swoich myślach. Gdybym zaczekała jeszcze dwie-trzy sekundy, to zapewne bym zwariowała i już nigdy nie opuściła Kręgu – dlatego nie czekam. Teraz jest właściwy moment, by zacząć działać. Która jest demonem? A, to ta, która migocze bardziej niż reszta. Biorę głęboki oddech, żeby zmusić do współpracy eteryczny odpowiednik adrenaliny krążący po mojej czarnej duszy. „Tou, bądź w gotowości, skaczę”, rzucam w myślach i skupiam całą wolę na migoczącym stworzeniu. Nie czekam na odpowiedź, wiem, że Tousana wszystkim się zajmie. Pora na walkę. Nagle moje ciało ogarnia dziwny spokój i lekkość. Mój umysł ulatuje, a ja przestaję być sobą. Moja jaźń zlewa się z jaźnią demona. Szarpię i kaleczę postać stojącą przede mną – samą siebie – a z jej chudego, czarnego ciałka oplecionego setkami odnóży ulatuje czarnoszary, rozedrgany dym. Spod pękającej czarnej skorupy wyłania się półprzezroczysta, jasnoszara dusza. ONA NIE NALEŻY DO KRĘGU, myślę nie swoimi myślami. ZABIJ, ZABIJ, ZABIJ, nakazuje mi potężny głos, a ja muszę go słuchać, dopóki Tousana nie będzie gotowa. Drapię, kaleczę, okładam rękami i nogami wiotkie, śmiertelne ciało, które jak na złość nie chce upaść i poddać się mojej woli. „Dajesz, jestem gotowa!”, słyszę krzyk Tousany. Już czas. Przestaję tłuc chudzielca pomimo stanowczych sprzeciwów wężowego demona. NIE, NIE, SŁUCHAJ MNIE, MASZ SŁUCHAĆ MNIE, TO JA TUTAJ… NIEEE!… Błysk, ostry ból, ciemność, koniec. Chyba mdleję. „Oby tylko Tousana załatwiła to tak jak należy…”, przemyka mi przez głowę, po czym całkowicie zanurzam się w ciemności…

*****

– …nika! Weronika!
Ktoś mnie woła… ktoś mnie woła? Z trudem wydobywam swoją świadomość z pustki i otwieram oczy. Prawe jakoś nie chce się otworzyć. Moją twarz pokrywa jakaś skorupa naciągająca skórę, zupełnie jakbym przez cały dzień zapomniała zdjąć maseczki oczyszczającej. Widzę nad sobą rozgniewaną twarz… eee… zaraz, czyja to twarz… chyba… chyba wychówy. Mojej wychówy. Taaak, to zdecydowanie moja wychówa. Dopiero po chwili orientuję się, że leżę na ziemi. Próbuję podnieść się na łokcie, ale kończy się na niewyraźnej myśli. Moje ciało nie reaguje ani na bodźce, ani na polecenia, zaś mój umysł niewiele się różni od kulawego kota na autostradzie. Potrzebuję nieco czasu, żeby się pozbierać.
– …uch… co… co się stało? Chodzi o fajki, tak? – odruchowo pytam o sprawę niezwiązaną z bójką, aby wybadać teren. Jak zwykle nie pamiętam z realnego świata niczego poza samym faktem rozpoczęcia walki, więc takie wyuczone, automatyczne odruchy bardzo się przydają. Posiadam oczywiście pewne fragmentaryczne wspomnienia z Kręgu i z samej walki, ale gdybym przypadkiem się z nimi odsłoniła, to zamknęliby mnie w trybie natychmiastowym w psychiatryku… a ja bardzo, ale to BAAARDZO nie chcę tam wracać. To miejsce jest przesiąknięte aurą szeroko pojętego zła. Jeśli znów tam trafię – umrę.
– Fajki? Znowu paliłaś? – pyta obojętnie wychówa. – Nie, nie chodzi o papierosy. Nie ruszaj się i nie zamykaj oczu. Karetka będzie tu za parę minut. – Karetka. To słowo coś mi przypomina, i nie są to miłe wspomnienia. Karetka… o cholera, psychiatryk… ale chyba nie… nie, wszystko byle nie to!
– Nie chcę do karetki… nic mi nie będzie, naprawdę… – odpowiadam czując, jak kolejne partie ciała deklarują swoje istnienie poprzez coraz mocniejsze zalewanie mnie falami bólu. Kątem oka dostrzegam kilkanaście szepczących osób stojących w małych grupkach w pewnym oddaleniu od nas. Nas, czyli mnie, wychówy oraz tych tępych suk zajmujących honorowe miejsce w środku zbiegowiska. Bardziej w środku niż ja, ma się rozumieć.
– Dobrze, nie wsiądziesz do karetki, ale teraz leż. – Wychówa rzuca gniewne spojrzenie w stronę dręczycielek. Też odwracam głowę w tamtym kierunku. Kark protestuje i na chwilę zamracza mnie ból, ale ostatecznie dopinam swego. Ta, w której drzemał wężowy demon siedzi oparta o budynek szkoły. Ma podbite oko, porwaną bluzkę, podrapane do krwi ręce i trzyma się za brzuch. Cholera, nie jest dobrze… o siebie i swoje obrażenia się nie martwię, bardziej boję się kary, jaka spadnie na mnie za doprowadzenie *jej* do takiego stanu…
„Tousano, coś ty do jasnej cholery zrobiła?”, pytam zimno, lecz nie doczekuję się odpowiedzi. W ogóle nie wyczuwam obecności mojego anioła stróża od siedmiu boleści. Nieważne, potem się z nią rozliczę.
– Dokąd mnie zabierają?… – pytam nieśmiało nie wspominając słowem o psychiatryku. Lepiej nie kusić diabła. Może uda mi się uniknąć problemów.
– Do szpitala na blok operacyjny. Odniosłaś pewne… hmm… poważne obrażenia.
Fala ulgi oblewa mnie niczym garnek miodu wylany na muchę. Uśmiecham się, po czym krzywię, gdy nagła iskierka bólu przeskakuje po mojej dolnej wardze. Wygląda na to, że wszystko skończy się dobrze. Mam tylko nadzieję, że nie wyjdzie tak jak zazwyczaj, kiedy to ja jestem oskarżana o wywoływanie awantur. Zamykam oczy, ignoruję wychówę (przecież nie zemdleję od zamknięcia oczu…) i przeprowadzam szybką inspekcję swojego ciała. Strasznie boli mnie brzuch. Czuję palące gorąco po zewnętrznej stronie lewej ręki od łokcia po nadgarstek. Prawe oko dalej nie chce się otworzyć, a próby otwarcia go na siłę powodują ból. Usta są mokre i obolałe. Tył czaszki pulsuje tępym bólem. Piersi również mnie bolą, podobnie jak kark, plecy i prawa połowa zeskorupiałej twarzy. Otwieram lewe oko, a potem z trudem odwracam kark i oglądam swoją lewą rękę. Widzę kilka zadrapań, parę głębszych ran i wystający kawałek białej kości, jednak nie robi to na mnie większego wrażenia. Nie czuję, by ta wystająca kość dotyczyła mnie, nawet pomimo faktu, że to moje ciało i mój ból. Jestem zupełnie obojętna. Mrugam powoli lewym okiem i przełykam ślinę o smaku kawałka dobrze wypieczonego żelaza. Ponownie próbuję się podnieść, ale w odpowiedzi na ruch mięśni zalewa mnie potężna fala bólu, która dosłownie zmiata mi obraz sprzed oczu i nieomalże znowu wysyła do krainy ciemności. Wobec takiego obrotu spraw daję za wygraną i w sposób prawie kontrolowany upadam z powrotem na ziemię, czemu towarzyszy kolejna fala bólu, ale tym razem słabsza.
– Weronika, nie podnoś się! Wytrzymasz jeszcze parę minut?
– Um… – odruchowo kiwam głową i krzywię się, gdy ból w czaszce nasila się. – To co się właściwie stało?… – pytam niewinnie. Wciąż nie mam pojęcia, jakim cudem nabawiłam się otwartego złamania. Wychówa zaciska wargi, aż odpływa z nich krew, ale milczy. Oho, sprawa jest chyba poważniejsza niż sądziłam.
– Znowu nic nie pamiętasz? – odzywa się w końcu zrezygnowana.
– Yhym… – przytakuję i czekam na jej reakcję.
– Cóż, to… – odkasłuje nerwowo, unikając mojego spojrzenia. Zdecydowanie coś ukrywa. – To nie jest sprawa na teraz. Po… porozmawiamy o tym z twoimi rodzicami, gdy… hmm… gdy… później. – Ucina tonem kończącym rozmowę.
– Mam prawo wiedzieć – oznajmiam, ale nic z tego nie wychodzi. W odpowiedzi na dalsze nalegania otrzymuję jedynie półsłówka albo wymijające stwierdzenia, jak „nie jestem upoważniona do udzielania informacji tego typu” czy „dla swojego dobra nie powinnaś wiedzieć”. Później chyba zasłabłam albo nawet straciłam przytomność, bo moment przyjazdu karetki i podróż do szpitala pamiętam jak przez mgłę.

*****

Znowu leżę, ale tym na kłującej trawie, a nie na chodniku. Czuję na skórze powiew chłodnego, nocnego wiatru. Jest bardzo ciemno. Otwieram oczy. O dziwo prawe otwiera się bez większego problemu, na dodatek nic mnie nie boli. Wystająca z ramienia kość zniknęła, podobnie jak moje rany. Wychodzi na to, że zemdlałam…
Dwa metry nad ziemią i trochę na prawo ode mnie Tousana popisuje się mocą lewitacji siedząc w perfekcyjnym buddyjskim lotosie. Przygląda mi się wszystkimi trzema oczyma bez większego zainteresowania. Jej odziana w czerń postać jest niewidoczna poza miejscami, gdzie mlecznobiała skóra jest wystawiona na promienie księżyca, toteż mam wrażenie, że patrzę na twarz i szóstkę ramion zawieszonych nieruchomo w powietrzu. Nie jest to jakiś szczególnie przerażający widok… ale z drugiej strony zawsze czuję niepokój, gdy znajduję się w jej świecie. To ona tu rządzi i przyjmuje takie formy, na jakie ma ochotę. Nie zmienia się tylko okolica: jak zawsze znajdujemy się na polanie w samym środku ciemnego, gęstego lasu, w którym nieodmiennie panuje północ. Światło księżyca pada na czarną trawę, w której rosną czarne kwiaty. Pomiędzy czarnymi pniami czarnych drzew unoszą się upiornie zielone świetliki. W zasadzie wszystko poza nimi i księżycem tu jest czarne; ciężko powiedzieć, czy z powodu braku światła, czy natywnie.
– Nareszcie jesteś! – wołam zadzierając głowę. Nie lubię, gdy Tousana patrzy na mnie z góry, a już szczególnie wtedy, gdy *naprawdę* znajduje się wyżej ode mnie.
– A co, tęskniłaś? – odpowiada Tousana i parska pozbawionym radości śmiechem. – Mów szybko, co ci leży na sercu, bo mamy tylko parę minut – dodaje obojętnie, wciąż unosząc się nad ziemią.
– Co się tam właściwie stało? I dlaczego obudziłam się z kością na wierzchu?!
– Ups. Wypadek. Demon wymknął mi się na chwilę spod kontroli, jak to węże. No i ten był zdecydowanie silniejszy niż inne. Trochę… trochę przegięłam – stwierdza sucho i patrzy mi w oczy z bezczelną miną typu „no co, przecież przeżyłaś”.
– A otwarte złamanie?
– Nie lubię się powtarzać. Mówiłam: wypadek – oznajmia lodowato. – Ciesz się, że żyjesz. Dawno nie widziałam tak silnego demona. Musiałam złamać ci rękę, bo inaczej on złamałby ci kark.
Wzdycham i próbuję ugryźć temat z innej strony. Rozmowy z Tousaną są równie proste, co próba przeniesienia napompowanego balona przez gaj kaktusów.
– Pamiętałaś chociaż o tym, by sprowokować tamte szmaty do rzucenia się na mnie?
– Tak – stwierdza krótko i milknie, wciąż siedząc dwa metry nade mną w swojej durnej pozycji kwiatu lotosu. Ależ ona mnie wkurza! – Skończyłyśmy rozmawiać?
– Nie, nie skończy-
– Skończyłyśmy – przerywa mi i pstryka palcami. Na powrót ogarnia mnie ciemność… szlag by to traf…

*****

Czasami mam wrażenie, że moje życie to ciąg omdleń i otrzeźwień. Teraz na przykład obudziłam się z lewą ręką zapakowaną od łokcia po nadgarstek w gips, spod którego wystają rzędy szwów. Przynajmniej mogę ruszać palcami. Sprawdzam stan prawego oka. Otwiera się, ale strasznie boli. Ech, znowu leżę… macam rękoma dookoła i oglądam pomieszczenie. Leżę na szpitalnym łóżku. Obok mnie słyszę miarowe PIP — PIP — PIP powtarzane mniej więcej co sekundę. To chyba dobrze. To pikanie zapewne oznacza, że żyję.
Słyszę znajomy głos dobiegający z korytarza. Hmm… mama… i ktoś obcy… wytężam słuch…
– …zapisać na badania. To aż dziwne, że za każdym razem trafia do nas skatowana i z dziurą w pamięci.
– To nie jej wina! Uwzięli się na nią, bo ma problemy z dostosowaniem się do, do… no, do norm i wymogów, jakie…
– Ależ ja nie twierdzę, że to jej wina. Ja tylko… pani wybaczy, ale ile razy Weronika miała zmienianą szkołę? I za każdym razem jest tak samo, prawda? Chcę tylko zasugerować, że być może problem nie tkwi w innych, ale właśnie w samej…
– To niedorzeczne! Przeprowadzaliśmy badania, całe mnóstwo badań. Nic, powtarzam – NIC! – nie zostało wykryte, a pana insynuacje na temat…
– Wrócimy do tej rozmowy później, Weronika chyba odzyskała przytomność.
Uśmiecham się krzywo.
– Cześć, mamo. Hm. Znowu wywalą mnie ze szkoły?
– Nie, złotko. Nie przejmuj się tym. Jak się czujesz?
– Już w porządku. Nic nie boli – uprzedzam pytanie. Gadamy jakiś czas o pierdołach. Przez chwilę czuję się bezpiecznie, można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że jestem szczęśliwa. Mija godzina, może dwie. Zapewniam mamę, że może swobodnie wracać do pracy i młodszego brata. Szkoda mi go, pewnie mnie nienawidzi. Kto by chciał mieć taką siostrę? Ja bym nie chciała. Leżę i rozmyślam. Ile dusz mi jeszcze zostało do wypełnienia kontraktu? Czy kiedykolwiek uwolnię się od ciemności? Nie znam odpowiedzi. Nie wiem nawet, czy zadaję właściwe pytania…

*****

Po kilku dniach wypisali mnie ze szpitala. Awantura w szkole nie przysporzyła mi większych kłopotów, ale znowu dzieje się to, co za każdym razem tuż przed zmianą szkoły – wszyscy starają się mnie unikać, nikt nie patrzy mi w oczy, nie podaje ręki, nie wita się. Wszyscy po prostu całkowicie mnie ignorują. A zatem dobrze, też będę ich ignorowała. Nie potrzebuję ich.
Na lekcjach siedzę jak zawsze w tylnej ławce z muzyką zapuszczoną w jedno ucho. Ostry bit przekłuwa się twardymi brzmieniami przez połowę mojego umysłu, podczas gdy druga połowa skupia się na lekcji. Coś tam muszę zanotować, żebym w ogóle zdała, jednak nie aspiruję wyżej niż dopuszczający. Nauczyciele również nie dostrzegają mojej obecności tak długo, jak długo nie przeszkadzam w lekcji. Ma to swoje zalety – nigdy nie zostaję wywołana do odpowiedzi, mogę rzuć gumę i słuchać muzyki z telefonu. Odjazd! Czasami trochę doskwiera mi samotność, ale to nie jest problem warty uwagi. Co komu po znajomych? Oni ranią i opuszczają cię w największej potrzebie. Zawsze tak było. Zawsze tak będzie.

*****

Najbliższe tygodnie mijają szybko, jeden za drugim, bez jakichkolwiek ważniejszych wydarzeń: na ulicach nie spotykam demonów wymagających natychmiastowych reakcji, koszmary, podczas których oczyszczam ludzi z demonów są jakby lżejsze niż zazwyczaj, w lustrach nie widuję twarzy zmarłych, ludzie cienia dali spokój z wieczornymi wizytami podczas popołudniowych zmian mamy, Siwa słabiej wariuje od nocnych bitew (koty wyczuwają takie rzeczy), ba, nawet brat przestał mi dokuczać! Istny raj – żyć, nie umierać!…

Głupie powiedzenie. Czasami wolałabym umrzeć, ale nie wiem, jak zniosłaby to mama. W zasadzie tylko ona powstrzymuje mnie od zaśnięcia w wannie czy podcięcia sobie żył. Jedyne zdarzenie warte uwagi, jakie w owym okresie nastąpiło, to mój nieoczekiwany dostęp do wideo z kamer bezpieczeństwa z dnia, w którym w tamtym pustaku zalągł się wężowy demon. Trzyminutowy filmik leżał sobie spokojnie na pulpicie w komputerze mamy! Widocznie dostała do na maila i zapomniała usunąć. No cóż, nie jest zły ten, kto jedynie korzysta z okazji… upewniłam się, że brat ogląda kreskówki w drugim pokoju, po czym szybko otworzyłam i obejrzałam wideo. Nic szczególnego; wszystko było tak jak zawsze poza faktem, że poziom brutalności Tousany był kilka razy wyższy niż zazwyczaj. Zaczęło się typowo: tępe dzidy stoją obok mnie palącej fajkę i zapewne szczebiocą coś w swoim trollowym języku (wideo jest czarnobiałe i nie ma dźwięku); widzę, że wytykają mnie palcami, gestykulują. Później łapie mnie pierwszy atak Kręgu: zastygam w bezruchu, fajka wypada mi z rąk, a po chwili kulę się na ziemi. Tamte oczywiście są przerażone, odsuwają się na bezpieczną odległość. Przez kilkanaście sekund nikt się nie porusza. Ja leżę zwinięta w kłębek, a tamte stoją jak wmurowane, aż w końcu nabierają odwagi. Jedna rzuca we mnie żwirem, inna szturcha patykiem. Teraz zaczynają się działania Tousany – ta wężowa traci nad sobą panowanie, zaczyna okładać mnie plecakiem, kopać, bić; podnosi nawet spory kamień, ale nie udaje jej się go użyć, bo reszta ją ode mnie odciąga. Przez minutę trwa szarpanina, tamta wygląda, jakby ją demon opętał. Ha, śmieszne powiedzenie. Najśmieszniejsze jest w nim to, że to czysta prawda… w końcu i ja wstaję i zaczynam tłuc tamtą gdzie popadnie. Dochodzi do ostrej wymiany ciosów, aż nagle wężowa traci wszystkie siły i osuwa na ziemię. W tym samym momencie to samo przytrafia się mi. Na tym filmik się kończy.

No dobra, to wygląda dziwnie, jakby nie patrzeć. Rozumiem ich strach i niechęć pod moim adresem, ale co poradzę wobec faktu, że taka się urodziłam?

*****

W końcu zdjęli mi gips z ręki. To chyba rekord, jeśli chodzi o pozostanie w szkole po „incydencie” – a może po prostu nie mają już gdzie mnie przenieść? Ha! Niezły lifehack, jeśli tak jest w istocie. Muszę jednak pamiętać, że moje szczęście zapewne nie będzie trwało wiecznie. Jeśli znowu wywołam burdę, to kto wie, co się ze mną stanie? Może trafię do szkoły specjalnej troski albo do poprawczaka? Może przydzielą mi kuratorkę? Nie wiem, jakim cudem przez tyle lat uchowałam się od – pfff – wymiaru sprawiedliwości. W każdym bądź razie lepszy poprawczak niż psychiatryk. Hmmm. Po namyśle… po namyśle wszystko lepsze niż psychiatryk.
Od czasu tamtego „incydentu” czuję się zdecydowanie lepiej. Wszystko idzie w dobrym kierunku, zaczynam nawet miewać „szczęśliwe dni”. (Większość ludzi zazwyczaj czuje się dobrze, a doła miewa tylko czasami, natomiast u mnie proporcje smutku i szczęścia są odwrotne.) Psycholożka jest pod wrażeniem, mama również, w szkole też się poprawia. Na jednej z przerw zostaję nawet zaproszona do nudnej rozmowy o modzie. Nie żeby mnie interesował ten temat, ale doceniam sam gest. Przez moment wydaje mi się nawet, że być może zbliża się koniec mojej udręki – i wtedy wydarza się TO.
Ten feralny dzień nie wyróżnia się niczym spośród innych dni. Zupełnie się nie zapowiada, by cokolwiek miało pójść nie tak. Ostatnie trzy dni były „szczęśliwymi dniami” – to zdecydowanie mój życiowy rekord szczęścia od czasu, gdy byłam zupełnie małym berbeciem. Tej nocy nie miałam żadnych koszmarów. Coś takiego nie zdarzyło się od… hmmm… od bardzo dawna. Schodzę na dół pokonując po kilka stopni naraz, można by nawet rzec, że z radością. W połowie schodów, zupełnie dla siebie nietypowo, rzucam wesołe:
– Cześć, mamo, jak się spa-
Zatyka mnie. Czuję od mamy niezwykle silną aurę wilczego demona. Nie… Nie! To się nie może dziać naprawdę!…
„Tousano, co jest grane?!”, rzucam zdruzgotana wgłąb swojej duszy.
„To, co zawsze – jest w niej demon. Musisz uciec albo go pokonać.”
„Ale to moja matka! Nie mogę.. . przecież… przecież nie mogę…”
„Przykro mi”, stwierdza sucho Tousana. „Wiesz, co robić. Działaj.”
– Weronika?… – pyta nieśmiało mama. No tak, przecież zastygłam jak zamurowana na ostatnim stopniu schodów. – Co ci jest? Strasznie zbladłaś… podejdź bliżej, może dam ci -POZNAĆ SMAK BÓLU- coś słodkiego, hm?
– Nie… nie zbliżaj się do mnie…
– C… Co?
– Dla własnego dobra – odejdź. J-Ja… ja coś wymyślę… ale teraz o-odejdź…
– Nie rozumiem? Dokąd mam -WYSŁAĆ TWOJĄ NIECZYSTĄ DUSZĘ- iść? Wszystko w porządku? – pyta, po czym stawia kilka kroków w moim kierunku. Czuję, że z uszu i nosa leci mi krew. Nie mogę dłużej zwlekać. Muszę albo uciec, albo pokonać drzemiącego w mamie wilczego demona. Z oczywistych względów drugie wyjście odpada.
– O cholera, ty -ZARAZ UMRZESZ- krwawisz… co się dzieje? Dzwonię po -SZATANA, PRZY– kare- –GOTUJ SIĘ NA– -tkę… –ZGUBĘ, TWOJA DUSZA ZARAZ ZOSTANIE SPOPIELONA, ZGINIESZ W MĘKACH, SPŁONIESZ W OGNIACH PIEKIELNYCH…–
Diabelski szum nasila się; czuję, że zaraz wybuchnie mi głowa. Wrzeszczę. Brat przylatuje z pokoju zobaczyć, co się stało. Rzucam w niego talerzem. Mama wygania go z pokoju i łapie telefon. Muszę uciec na co najmniej kilkanaście metrów. Na dobry początek zabarykaduję się w łazience, a potem ucieknę przez okno. W nocy stoczę bitwę z wilczym demonem i wszystko wróci do normy. Pędzę czując jak krew zalewa mi usta, spływa po szyi, kapie na czarną bluzkę. Jeszcze kawałek. Drzwi. Otworzyć, wejść, zamknąć, przestawić zamek. Uff, gotowe. Opieram się o ścianę i zamykam oczy czując, jak poziom adrenaliny spada. Z powodu utraty krwi trochę kręci mi się w głowie. Cisza. Całkowita cisza. Nie słychać mamy ani brata. Ciekawe, byłam pewna, że powinni…
Zaraz. Coś jest nie tak. Otwieram oczy. Cholera, lustro… no tak… z lustra patrzy na mnie rząd żyjących, ale martwych ciał. Ich pożółkła skóra zwiesza się gnijącymi płatami z nagich czaszek, przeżartych gangreną rąk, odsłoniętych piersi ukazujących nieruchome, martwe organy w różnych stadium rozkładu. Nienaturalna cisza pochodzi właśnie stąd. Jeden z trupów stawia kilka chwiejnych kroków naprzód, wzmagając ciszę. Jeszcze jeden krok. I jeszcze jeden. Widzę, jak jego dłoń wychodzi z lustra zalewając łazienkę fetorem od dawna martwego ciała…
Wrzeszczę wniebogłosy i tłukę lustro na oślep, kalecząc sobie dłonie i przedramiona. Cisza umyka niczym zestrzelony w locie ptak, a jej miejsce natychmiast zajmuje szum wilczego demona. Słyszę nieludzki śmiech przypominający charkot, a także upiorne wycie. Mama dobija się do łazienki, po czym przestaje i gdzieś idzie. No tak, chce otworzyć drzwi śrubokrętem. Muszę uciekać! Niech to, straciłam za dużo krwi i ledwo chodzę. Otwieram z trudem okno słysząc chrobotanie w zamku. Wyskakuję dokładnie w momencie, w którym drzwi się otwierają. Uciekam, trawa kaleczy moje bose stopy. Szum ustaje, ale niewiele mi to pomaga. Kręci mi się w głowie. Ziemia zbliża się coraz szybciej. Upadam. Wszystko ciemnieje. Cholera, nie, nie, nie teraz… tylko nie teraz… muszę… muszę… nie mogę ciągle mdleć…

*****

Budzi mnie ostre, sztuczne światło. Znowu leżę. Nie wiem, gdzie jestem. Nie mogę poruszać rękami ani nogami. Podłoga jest chyba jakimś rodzajem łóżka. Leżę na łóżku? Nie, zaraz…
Dobrą chwilę zajmuje mi zorientowanie się w sytuacji, a gdy zdaję sobie sprawę ze swojego położenia, ogarnia mnie dzika, nieskrępowana panika.
Psychiatryk. Izolatka.
Wrzeszczę z gniewu, rozpaczy i przerażenia. Tarmoszę się, ale na nic się to nie zdaje – kaftan trzyma mocno. Nie wiem, ile czasu walczę, ale w końcu daję sobie spokój. Rozglądam się z przestrachem po pomieszczeniu na tyle, na ile pozwala na to moje położenie. Ściany obite poduszkami, w jednej z nich zamaskowane drzwi. Dobra, jakoś to przetrwam. Poleżę tu sobie spokojnie i mnie wypuszczą. Wszystko w po-
Kurwa. Lustro. Ogromne, prostokątne lustro w jednej ze ścian. A w nim rząd umarłych przyglądających mi się nienawistnymi, martwymi oczyma.
– Tousana! TOUSANA! Zróbże coś! – wrzeszczę i szarpię się rozpaczliwie, podczas gdy jeden z trupów zbliża się do krawędzi lustra.
– Przykro mi – odpowiada Tousana lewitując pod samym sufitem i przyglądając mi się obojętnie. – ale nie mogę nic zrobić. Zawiodłaś mnie. Zawiodłaś NAS. Nie jesteś nam już potrzebna. Tu się chyba pożegnamy.
– Nie! NIE! Zrób coś! Obiecałaś! Nie, nie chcę tak skończyć! – rzucam się rozpaczliwie, podczas gdy trup zeskakuje z lustra na kremową podłogę, brudząc ją ropą i czarną krwią. – Co z umową?! Miałam oczyszczać dusze w zamian za wolność od, od… od TEGO! – krzyczę, ale Tousany już nie ma, w przeciwieństwie do trupa. Przestaję się poruszać, przerażenie odbiera mi władzę w kończynach. Martwiak przystaje nade mną, przygląda mi się chwilę, po czym bez trudu podnosi mnie za szyję do góry, jak Vader niepokornego szturmowca w Nowej Nadziei. Tylko że dla mnie nie ma już żadnej nadziei, ani nowej, ani starej. Charczę gardłowo i pluję krwią, ale martwa ręka ściskająca moją krtań jest nieubłagana. Uch…

*****

– Znaleźliśmy ją martwą. Została uduszona. Nie wiemy, jak tego dokonała. Nie mogła sama tego zrobić, a zatem ktoś musiał jej pomóc! Ale… ale nikt tam nie wchodził… – stwierdził koroner z wyrazem bezbrzeżnego zdumienia przeglądając akta sprawy Weroniki. Tu kończy się jej historia w świecie żywych… ale jej przerażony, oszalały z gniewu duch wciąż krąży po świecie, gotów opętać każdego, kogo napotka na swej drodze, by choć przez chwilę wrócić do świata, z którego przyszło jej odejść w sposób niesprawiedliwy i przedwczesny. Kto wie, być może właśnie w tej chwili czai się za tobą, Czytelniku? Tak czy siak zadanie przepędzenia go spadnie na inne Weroniki kontrolowane przez byty podobne Tousanie…


Podobało się? A może się nie podobało? Zostaw po sobie feedback! :)
[Ocen: 1 / Średnia: 3]

Brak komentarzy. Może skusisz się na dodanie pierwszego komentarza? ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, oznaczone są kolorem tęczowym.