Piwo, kobieta i śpiew

Tempo muzyki pędziło jak oszalałe; grajkowie ledwo nadążali za wpadającą w ucho piosenką będącą rytmicznym potokiem szyderstw pod adresem króla, kleru i magnaterii, a wyglądało na to, że trubadurka dopiero się rozkręca. Siła jej głosu i doskonała kontrola oddechu sprawiały, że w zasadzie nie potrzebowała akompaniamentu, lecz mimo wszystko przyjemniej słuchało się jej, do wtóru muzyki płynącej z lutni, bębnów i fujarek. Rozlegające się co chwila gromkie śmiechy, gwizdy i aplauzy nie były w stanie zakłócić jej występu, ale trubadurka bez wątpienia je słyszała i nabierała dzięki nim coraz więcej pewności siebie i animuszu. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wypowiedziałby choćby szeptem takich słów ani tym bardziej nie ułożyłby z nich karczemnej ballady, ale Marelie nigdy nie uchodziła za normalną. Każdego dnia żyła tak, jak gdyby każdy dzień miał być jej ostatnim, co zresztą wcale tak bardzo nie odbiegało od faktycznego stanu rzeczy.

– …a wtenczas Edward Trzeci okrutne ściąga podatki,
śmierć i głód sprowadzając na wasze siostry, żony i matki!
Czy tchórz ten godzien tytułu króla? To hańba! To zdrada!
Chwyćcie za broń, razem, każdy-

Nagle drzwi wejściowe z hukiem rąbnęły o ścianę, ukazując niskiego, przypominającego beczkę mężczyznę odzianego w pełną zbroję płytową i paradny hełm z kolorowym pióropuszem z papuzich piór. W karczmie momentalnie zapanowała cisza jak makiem zasiał, a wszystkie oczy skierowały się na niego. Niektórzy cicho siorbali piwo, starając się tymczasowo zniknąć z powierzchni ziemi albo chociaż nie brać udziału w nadchodzącej burdzie, innym zastygły na ustach słowa powtarzane po trubadurce, a jeszcze inni zaczęli cichcem przemykać się w stronę okien i tylnego wyjścia. Każdy znał sztywnego, bezwzględnie trzymającego się zasad krępego jegomościa, którego obmierzłe cielsko niezależnie od okazji, pory dnia czy pogody spowijała inkrustowana złotem zbroja oraz idiotycznie wyglądający hełm. Pomimo jego pozornie nie budzącej grozy postury nikt nie chciał wchodzić mu w drogę… chociaż z drugiej strony każdy, kto przynajmniej raz w życiu miał z nim styczność, miał ochotę solidnie przywalić mu prosto w nalaną twarz i wyrwać z niej smoliste, czarne wąsisko.
Tak jest, w drzwiach stał nie kto inny, jak niesławny kapitan straży miejskiej, Notter Moribirg, nazywany nieoficjalnie – tj. po cichu i wyłącznie wtedy, gdy nie było go w pobliżu – Sromowąsaczem. Dlaczego akurat Sromowąsacz? Jedni mawiali, że ów przydomek wziął się od zamiłowania rzeczonego do domów rozpusty i pewnego specyficznego typu miłości, który ponoć zagorzale praktykował, inni twierdzili, że po prostu jego wąs wygląda tak, a nie inaczej, wszyscy zaś zgadzali się ze sobą, że Notter był największą, najtłustszą i najwredniejszą mendą w straży miejskiej.

– Z rozkazu miłościwie nam panującego króla Edwarda III – zaczął skrzeczeć niskim, irytującym głosem przesyconym pychą i arogancją – aresztuję Marelie de Lavoire m.in. za zdradę i działalność wywrotową. Każdy, kto przeszkodzi straży w wykonywaniu obowiązków lub pomoże rzeczonej rebeliantce, zostanie uznany za…

Nie dane mu jednak było dokończyć zwyczajowej formułki.

…z was niech Nottera Sromowąsacza do upadłego czymkolwiek okłada – zaintonowała Marelie, doszczętnie zagłuszając kapitana Nottera, i po raz kolejny wykazała wyższość swego szorstkiego, pozbawionego subtelnej kobiecej słodyczy kontraltu nad jakimkolwiek innym głosem, a w szczególności nad tubalnym barytonem Nottera przywodzącym na myśl głosy, jakich używaliby złoczyńcy ukrywający swoje twarze (lub to, co z nich zostało) pod obszernymi kapturami błękitnych szat.
Nie trzeba było powtarzać dwa razy; nim jeszcze skończyła wygłaszać zaimprowizowaną strofę, w stronę znienawidzonego mikrusa poleciały pierwsze stołki. Trubadurka miała niesamowity talent do manipulowania ludźmi i podgrzewania atmosfery – ci, którzy początkowo nie chcieli się mieszać, nagle nabrali ochoty na odrobinę szaleństwa, a ci, którzy od dawna marzyli o dokopaniu Notterowi, nie mogli zrozumieć, dlaczego przez tyle czasu uznawali rzeczone marzenie za niewykonalne.

– Tarcze w górę! Postawa defensywna! Chcę ją… co do kata! Ała! – wrzasnął Notter, tracąc nagle rezon i wycofując się za plecy swoich oddanych podkomendnych.

– Kapela, grać! Muzyka! – ryknęła Marelie przekrzykując rodzący się tumult pierwszorzędnej karczemnej bijatyki, po czym zaniosła się perlistym śmiechem pełnym szczerej, niewymuszonej radości. Niespodziewanie ni stąd, nie zowąd obok jej ucha śmignął bełt i wbił się po lotkę w ścianę karczmy; kilka srebrnych włosów opadło powoli na posadzkę. Marelie roześmiała się tylko jeszcze bardziej; rzekłbyś, że uniknęła pocisku całkiem od niechcenia, tak jak chłop w polu zabija bez zbytniego udziału świadomości kąsające muchy. Nie znaczy to jednak, że straciła czujność, o nie! Wręcz przeciwnie, zerknęła dokładnie w stronę kusznika uśmiechając się nieprzyjemnie – przez krótki moment ich spojrzenia się zetknęły – a to, co zobaczył on w jej oczach, sprawiło, że miał ochotę zrezygnować z pracy w straży miejskiej i wrócić na farmę… jeśli dożyje jutra. Mrugnął zdenerwowany, a odkrywszy, że trubadurka dosłownie rozpłynęła się w powietrzu, mrugnął ponownie, i to nawet kilka razy, jednak kobiety nie było już tam, gdzie stała chwilę temu.

– Co do…

– Mogłeś ją uszkodzić, bezmózgu! Rozumiesz, co to jest STRASZAK?! Daj mnie tę kuszę, ale już! – warknął kapitan i sam zaczął naciągać korbką cięciwę, sapiąc przy tym jak zarzynany wieprz. Wściekły tłum coraz bardziej napierał na zaporę z tarcz, za którą schronili się kapitan i kilku jego ludzi (w tym przerażony kusznik), aż w końcu któryś ze strażników stracił przytomność obrywając ławą przez łeb i szyk został brutalnie przerwany.

– Cholera jasna, skaranie boskie z wami… – mruknął kapitan, naciągnąwszy kuszę do końca w samą porę, by uchylić się przed zmierzającymi w kierunku jego twarzy ciosami.
– Chrońcie kapitana! – krzyknął ktoś, jednak nie było mowy o ponownym utworzeniu kordonu z tarcz, jako że walka stała się dużo bardziej chaotyczna… w zasadzie lepszym słowem niż „walka” byłoby „rąbanina”. Nie mając innego wyboru strażnicy ruszyli do nierównej ofensywy, starając się nie przelewać krwi. Obie strony zdawały sobie sprawę, że karczemna bijatyka to nie to samo, co przypadkowe zabójstwo mogące wywołać zamieszki lub represje, więc zamiast mieczy i halabard w ruch poszły pięści, miecze, kufle i meble… tyle tylko, że bywalcy karczmy mieli w tej kwestii o wiele więcej praktycznego doświadczenia, a ponadto walczyli na „swoim” terenie, nie mówiąc już o tym, że przewyższali liczebnością strażników mniej więcej trzykrotnie. Nawet antygeniusz taktyki zorientowałby się, że straż nie miała żadnych szans na pojmanie Marelie, lecz problem polegał na tym, że nazwanie Nottera antygeniuszem taktyki byłoby dlań ogromnym pochlebstwem… nawiasem mówiąc pomysł nalotu na karczmę wynikał wyłącznie z jego inicjatywy i służalczej chęci podlizania się królowi, co w połączeniu z brakiem rzetelnego planu musiało skończyć się sromotną porażką.

– Dobra, koniec zabawy, mam tu naciągniętą kuszę i nie zawaham się… – reszta zwyczajowej formułki Nottera utonęła w zgiełku walki. Co tu dużo mówić; kapitan był takim typem człowieka, który po prostu musi dopełnić formalności i wygłosić regulaminowy frazes, a najlepiej w najmniej odpowiedniej chwili. Ku jemu bezbrzeżnemu zdziwieniu kusza została mu z łatwością odebrana, a następnie rozbrojona i połamana w drzazgi, jednak Notter nie dawał tak łatwo za wygraną. Otrząsnął się, nim zdziwienie całkiem odebrało mu władzę nad ciałem, i sprężystym ruchem wyciągnął ze zdobionej pochwy srebrny sztylet inkrustowany drogimi kamieniami… po czym broń ponownie została mu wyrwana z ręki i w ciągu zaledwie kilku chwil rozmontowana na czynniki pierwsze.

– Przestańcie wyrywać mi broń z ręki, wy choler-

Wtedy też spadł na niego pierwszy cios, po którym stracił dwa zęby i przytomność, a także sakiewkę, hełm, resztki godności i większą część zbroi, z której poczęto bardzo ochoczo wydłubywać złote zdobienia.

Po haniebnym upadku kapitana straż została szybko pokonana i wyrzucona za próg karczmy, ale jedynie głupiec sądziłby, że to oznacza koniec bijatyki. Powodów do bitki było wiele, począwszy od klasycznego Przypadkowego Popchnięcia, poprzez Rozwinięcie Debaty Na Temat Różnic Światopoglądowych czy Dysonans Klasowo-Społeczny aka Ten Stolik Jest Zajęty, aż po tak poważne sprawy, jak Wyśmiewanie Wyglądu Mojej Cudownej Kobiety czy Oszukiwanie W Grach Hazardowych. Tym razem powód był jednak znacznie prostszy: pozostałe po Moribirgu i jego świcie fanty dało się opchnąć za całkiem pokaźną sumę florenów, a ponieważ każdy z obecnych w karczmie rościł sobie prawa do zabrania części lub nawet wszystkiego, co choć trochę się błyszczało, toteż rozwiązanie pokojowe nijak nie wchodziło w grę. Tak czy owak potyczka ze strażą stanowiła zaledwie rozgrzewkę, i o ile podówczas nie wolno było używać ciężkiej amunicji, o tyle teraz nic nie stało na przeszkodzie, by nie pochlastać kogoś nożem albo skrócić czyjąś dłoń celnie wymierzonym ciosem topora.

W całym zamieszaniu Marelie zdążyła opróżnić już trzy kufle piwa, przy czym dwa z nich rozbiła na głowie co groźniejszych graczy mogących zbyt szybko zakończyć zabawę, a trzeci zachowała na potem – po części na piwo, a po części na wszelki wypadek. Panujący w karczmie zgiełk złożony ze szczęku rozmaitego oręża, przekleństw, grającej nieprzerwanie muzyki i jęków bólu co rusz przerywał perlisty śmiech trubadurki. Zdawało się, że była wszędzie i nigdzie, gdy podjudzała chaos przekładając pozornie pozbawione znaczenia rzeczy, szturchając i popychając odpowiednie osoby w odpowiednich momentach czy nurkując pod stoły w sposób podobny do jakiegoś szalonego tańca. Podczas gdy inni starali się po prostu utrzymać na falach walki i nie stracić przytomności, ona w sposób wyrachowany i perfidny sterowała oceanem chaosu, tworząc coraz to nowe wiry i pływy dzięki jakiemuś niepojętemu instynktowi przetrwania. Pomimo faktu, że to właśnie dzięki jej wysiłkom walka nie wygasała, a nawet stawała się coraz bardziej zażarta, nikt nie próbował – lub nie umiał – choćby jej drasnąć. Jej kocie ruchy w jakiś niesamowity, nieomal magiczny sposób sprawiały, że żadne ostrze (a także topór, tulipan czy cokolwiek innego) nie mogło się jej imać.

Mógłbym wylać jeszcze więcej słów lub użyć jeszcze barwniejszych porównań, ale w dalszym ciągu opisywałyby one szaleństwo tamtego dnia równie skutecznie, jak skuteczna jest próba opisania słonia komuś, kto nigdy nie widział na oczy tej legendarnej bestii. Tam trzeba było być, przeżyć to na własnej skórze, usłyszeć i poczuć…
(Nie to, żebym ja widział kiedy słonia; użyłem jeno przenośni.)

Przez większość czasu udawało mi się brać czynny udział w Walce-O-Łupy – za młodu miałem całkiem sporo pary w łapach i twardy łeb – jednakowoż na widok lecącego przez całą karczmę prosto na mnie osiłka o wadze i wyglądzie wołu, miotniętego bez większych trudności przez osiłka o dwakroć odeń większego stwierdziłem, że lepiej będzie schować się pod stołem i czekać na rozwój wydarzeń. Wtedy przez chwilę dane mi było spotkać Marelie we własnej osobie.

– Kim… kim ty u diabła jesteś? – wykrztusiłem z siebie, gdy zanurkowała pod „mój” stół z zamiarem dopicia kolejnego kufla piwa.

– Marelie, do usług – powiedziała beztroskim tonem i dygnęła, co wcale nie jest łatwe, gdy kuca się z kuflem piwa w ręce pod stołem sięgającym ledwo do pasa.

– Nie o to pytam… – wzruszyła tylko ramionami, roześmiała się perliście i pociągnęła spory łyk złotego trunku.

– Na twoim miejscu nie siedziałabym tu zbyt długo – rzekła od niechcenia, jednocześnie podglądając rozwój wydarzeń.

– Tu jest bezpiecznie… – odparłem, na co ona uniosła tylko brew spoglądając na mnie badawczo z ukosa, jakby mówiła: „A chcesz się założyć?”

– Muszę się zbierać, zabawa sama się nie rozkręci. Trzymaj! – nim zdążyłem zareagować, trzymałem w ręku pusty kufel.

– Za… zaczekaj! Gdzie mogę cię znowu spotkać?!

– Poszukaj mnie w rynsztoku – odparła, puszczając mi oko, po czym czmychnęła z powrotem w wir walki, a w chwilę później „mój” stół pękł na dwoje na skutek bezpośredniego uderzenia innego stołu, który nadleciał nie wiadomo skąd wraz z nieprzytomnym drabem „na pokładzie”. Pech chciał, by jegomość obudził się akurat w momencie, gdy wygrzebałem się spod szczątków obu stołów, a zobaczywszy w moim ręku kufel ryknął rozwścieczony i złapał za wyłamaną stołową nogę leżącą nieopodal… nie czekałem na rozwój wydarzeń. Przyłożyłem mu kuflem przez łeb, zanim zdążył wyprowadzić atak, a gdy ponownie padł, dopchałem się jakoś do kontuaru, wpełzłem za niego i przysiadłem obok ukrywającego się tam barmana, by w spokoju wypić kufelek za zdrowie Marelie. Opróżniłem naczynie jednym haustem i wyjrzałem zza kontuaru, szukając jej wzrokiem… jednak już jej tu nie było. Uciekła, pozostawiając karczmarzowi sakiewkę pełną złota jako zadośćuczynienie za zniszczenia będące w zasadzie spowodowane jej poczynaniami, jak to miała w zwyczaju.
„Cóż za dziwaczka… nie ma takiej drugiej osoby na tym świecie”, pomyślałem wtedy w zadumie.


Podobało się? A może się nie podobało? Zostaw po sobie feedback! :)
[Ocen: 0 / Średnia: 0]