Cymelium
...literacki koniec internetu...
szybki wybór opowiadania
losowe
zbiorki opowiadań
[PC] Paper Children
; ;
Liczba opowiadań: 32
Ostatnie opowiadanie z dnia:
18 kwietnia 2019
18 kwietnia 2019, 22:40
Nie ufaj lustrom
średnia ocen: 5.59
liczba ocen: 110
12 grudnia 2018, 01:44
Sen o wycieczce na dziewczyny
średnia ocen: 5.7
liczba ocen: 74
8 maja 2018, 20:48
Komiks o dorosłości, vol. 1
średnia ocen: 5.62
liczba ocen: 62
4 maja 2018, 21:55
[PC] Drawing Time
średnia ocen: 5.7
liczba ocen: 65
23 kwietnia 2018, 00:25
Cena sprawiedliwości
ratio: -2
średnia ocen: 5.51
liczba ocen: 54
23 marca 2018, 23:19
Przeklęta ciucharnia na Targowej
ratio: -8
średnia ocen: 5.69
liczba ocen: 73
13 lipca 2017, 00:32
Miku ga Musei (Milcząca Miku)
ratio: -5
średnia ocen: 5.42
liczba ocen: 84
12 września 2016, 14:57
Wywiad z najemniczką
(harmonia)
średnia ocen: 5.23
liczba ocen: 71
9 lipca 2016, 16:23
Moja mama jest wilkołaczką
ratio: -10
średnia ocen: 6.15
liczba ocen: 13
14 sierpnia 2015, 23:28
Surykatkopost
ratio: -5
średnia ocen: 5.17
liczba ocen: 56
pokaż więcej

Cena sprawiedliwości

Kolejny dzień całodobowych obserwacji prowadzonych z płytkiej rozpadliny między skałami i wciąż nikt nie pojawia się na horyzoncie. Po liczbie kresek wydrapanych w skale wiem, że od przeszło dwóch tygodni ta jama stała się naszym domem. Ha, dom! Fajnie byłoby mieć miejsce, do którego można by wrócić, poczuć się w nim na tyle bezpiecznie, na ile to możliwe, i nie martwić się o następny dzień. Taaak, to byłoby niemal rajskie życie, jeśli doliczyć wódkę i tłuściutkie iguany... ale w naszym przypadku to nie do zrealizowania. Nigdzie nie jesteśmy bezpieczni, musimy ciągle wędrować z miejsce na miejsce i cały czas mieć się na baczności. Z powodu charakteru naszej profesji nasz dom jest tam, gdzie my i nasz dobytek. Aktualnie jesteśmy tutaj - w kamienistej jamie pośrodku martwego pustkowia. Wokoło nas sterczą posępne strzępy dawnej cywilizacji, na których wiatr gwiżdże żałobne melodie. Jedyny dobrze zachowany budynek to ten przed nami. To z jego powodu siedzimy w tej dziurze i na zmianę obserwujemy okolicę. W dzień przypala nas piekielny skwar, a w nocy kąsa upiorne zimno. Cóż, uroki pustyni. Z oczywistych powodów nie możemy rozpalać ognia, przez co od kaprysów temperatury ochrania nas tylko postrzępiony koc. Ta kupa krzywo pozszywanych szmat jest warta każdego wydanego na nią kapsla, i niech diabli wezmą Gustawa i jego zdanie na ten temat. Kocham ten koc.
- Rozmyślasz? - pyta Gustaw.
- Yhym. - przytakuję. Szkoda mi marnować spieczonego gardła na słowa; kończą nam się zapasy wody, a na samym suszonym mięsie daleko nie zajedziemy. Patrzę przed siebie przez lornetkę żując ohydny gumowaty pasek nieznanego pochodzenia. Wciąż pusto; wokoło nas cisza, spokój i ani żywego ducha. Mam nadzieję, że po ataku obłowimy się w wodę i grube, tłuste jaszczurki, może nawet w legwana. Mmm...
- Zmienić cię?
- Mm. - zaprzeczam. Jeszcze nie czuję się zmęczony. - Sprawdź broń. - chrypię.
- Czyściłem ją wczoraj, wszystko jest sprawne...
- Sprawdź. - powtarzam z naciskiem.
- Dobra, już. - słyszę znajomy szczęk MP czterdziechy i od razu robi mi się jakoś tak cieplej na duchu. Swojego dragunowa sprawdzę sam. Muszę mieć pewność, że podczas ataku wszystko zadziała perfekcyjnie. Jeśli chociażby jedna część planu zawiedzie, to skończymy jako kupa kości podgryzanych przez gekony... jeśli będziemy mieli szczęście.
Trzy godziny potem wciąż nic się nie dzieje. Czuję, że moje powieki zaczynają się zamykać, a głowa niemiłosiernie ciąży. W takim stanie nie dałbym rady łowcom, gdyby nagle się pojawili. Potrzebuję odrobiny snu.
- Zmiana. - brzmię bardziej jak klekoczący szczypcami zmutoskorpion niż człowiek. - Wody.
- Już. Trzymaj. - wypijam łapczywie dwa oszczędne łyki, pierwszy na spieczone gardło, a drugi dla smaku, i idę na tył jamy, gdzie urządziliśmy sobie prowizoryczne legowisko z miękkich śmieci. To nic specjalnego - ot, plastikowe butelki, foliowe torebki, nadpalona opona, trochę pożółkłych badyli i odrobina postrzępionych szmat - ale lepsze to, niż spanie na gołej ziemi. Jest jeszcze jedna rzecz do zrobienia, zanim zasnę - muszę upewnić się, że moja snajperka chodzi gładko i nie zatnie się w kluczowym momencie. Na szczęście wszystko działa jak należy, więc kładę się i niemal natychmiast zapadam w płytką, niespokojną drzemkę pozbawioną snów. Budzi mnie gwałtowne potrząsanie za ramię.
- Grabarz! Graaabarz! Wstawaj, wreszcie idą! No wstawaj! - Gustaw przeżył ze mną już niejedną bitkę; mimo to zawsze jest podekscytowany tak samo, jak gdyby pierwszy raz wziął do ręki pistolet.
- Mhm... dzięki... - mamroczę pod nosem, po czym przecieram oczy i siadam na legowisku, by zebrać myśli i odpędzić od siebie resztki snu. Patrząc po słońcu stojącym nisko nad horyzontem wnioskuję, że minęło raptem kilka minut, ale po chwili orientuję się, że znajduje się ono po niewłaściwej stronie nieba. Najwyraźniej przespałem całe popołudnie, wieczór i noc. Cieszę się, że łowcy nie wracają po ciemku, gdyż taki obrót spraw uniemożliwiłby przeprowadzenie ataku według zwyczajowego planu. Póki co szczęście nam sprzyja. Ciekawe, czy... Dobra, dość rozmyślań. Jestem już gotowy do działania i w miarę rozbudzony. Upijam szybki łyk wody (zostało nam tylko pół manierki!) i obserwuję maleńkie ludzkie figurki falujące w oddali. Muszę sam zobaczyć, którędy łowcy wchodzą do swojej siedziby. Jestem pewny, że cały teren dookoła jest zaminowany. Po prostu wiem. To nie jest mój pierwszy rajd, a jeśli jestem faktycznie tak dobry, jak mówią, to zapewne i nie ostatni. Jeszcze tylko chwila, sylwetki stają się już rozpoznawalne...
Kilka minut potem moje przypuszczenia potwierdzają się - łowcy przystają na chwilę, wymieniają z niewolnikami kilka ostrych zdań, jeden z nich żywo gestykuluje wymachując bronią, po czym ustawiają się w rządku i wchodzą gęsiego do budynku. Mimo płaskiego, na pozór pozbawionego przeszkód terenu kluczą po jakiejś dziwacznej trajektorii. Obserwuję dokładnie ich ruchy, nie mrugam, ignoruję łzawiące oczy.
- Mhm. - kiwam głową na Gustawa, że to już czas i pokazuję pięć palców.
- Za pięć minut, tak?
- Yhym. - potwierdzam i rozstawiam snajperkę na dwunogu.- Miny. Trzymaj dystans.
- A jednak... dobra, będę ostrożny. Chcesz łyka?
- Nie.
Gustaw wzdycha, popija solidnego łyka whisky, patrzy przez chwilę w przestrzeń wzrokiem typu "po tej akcji kończę z tym na dobre", po czym ciężko wstaje i wkłada na siebie pancerz z krzywych metalowych blach. W ruch idą kolejne kawały blachy; metal stopniowo okrywa jego tors, łokcie, kolana i w końcu głowę. Pięć minut potem gramoli się z jamy dzierżąc pod pachą swoją sfatygowaną czterdziechę. Metalowe płyty hałasują i błyskają w słońcu. Jemu taki pancerz przyda się bardziej niż mnie; mi wystarczy czarna skórzana kurta podbita od spodu skórami gekonów. Robimy tak jak zawsze - on odwraca uwagę i wywabia bandziorów na otwartą przestrzeń, a ja zdejmuję ze snajperki ilu dam radę, by potem wkraść się do siedliska żmij i rozwalić z zaskoczenia resztę. Ta taktyka nigdy jeszcze mnie nie zawiodła, również i tym razem wszystko idzie jak po maśle. W oknie zrujnowanej budowli pojawia się na chwilę poznaczona tatuażami twarz łowcy. Potrzebuję tylko sekundy na wycelowanie... PAF! Naciskam spust wsłuchując się w gniewną melodię pocisku, chwilę potem łowca pada na ziemię z dziurą w oku. Udaje mi się zabić jeszcze trzech, zanim orientują się, że to nie serie Gustawa są dla nich zabójcze. Teraz raczej nie będą wychodzić na otwartą przestrzeń - czas na drugą fazę szturmu. Muszę działać szybko, zanim się przegrupują. Włączam radio.
- Kryj mnie. Bez odbioru. - chrypię do słuchawki, po czym zarzucam sobie dragunowa na plecy, zakładam na głowę metalowy hełm i okrywam się kocem. Zapomniałem wspomnieć, że poza funkcją termoizolacyjną świetnie sprawdza się jako kamuflaż, oczywiście tylko na piaszczystej pustyni. (Mówiłem, że był wart każdej ceny...) Tak zabezpieczony wyskakuję jednym susem z dziury i przypadam do ziemi w półprzysiadzie upewniając się, że póki co pozostaję niewykryty. Jest w porządku; trwożne spojrzenia rzucane ukradkiem zza osłon omijają mnie lub błądzą gdzieś po okolicy, toteż zamykam oczy i przypominam sobie trasę, którą podążali łowcy... odwzorowuję każdy szczegół, nawet to, co pozornie zdaje się nieistotne... mhmm... dobra, już pamiętam. Otwieram oczy i naśladuję każdy krok tych dupków, dbając o to, by koc zakrywał mnie od czujnych, acz oszczędnych spojrzeń strażników. Jestem już w połowie drogi...
- Uważaj, jeden wylazł! - rozlega się trzeszczący głos Gustawa w głośniku. - Spróbuję go zdjąć, ale wiesz... um... odbiór... - Gustaw nie najlepiej strzela, jego wystrzeliwane na oślep serie rzadko kiedy kogoś trafiają. Najczęściej robi za straszaka, co wychodzi mu bez porównania lepiej.
- Przyjąłem. Bez od... - rozkasłuję się niemiłosiernie. - ...bez odbioru, cholera. - Wyjmuję z kabury przy pasie berettę i zastygam w bezruchu. Gustaw ma oczywiście rację; kilkanaście metrów dalej na wysokości drugiego piętra łowca błądzi oczyma po pustyni w poszukiwaniu snajpera. Nie spodziewa się znaleźć owiniętej w piaskowy koc postaci tkwiącej na samym środku pola minowego. Wycelowuję lufę w jego stronę i biorę głęboki wdech... posyłam mu cztery kule, tak dla pewności. Łowca pada bez życia z podziurawioną klatką piersiową. Zaraz się zorientują, gdzie jestem, więc przyspieszam i skradam się truchtem do wejścia.
- Uwaga, kolejni! Dwóch... nie, trzech! Pośpiesz się! Odbiór!
- Lecę! - rzucam do słuchawki. Już mnie zlokalizowali, słyszę ich podniecone głosy z góry. Lecę na łeb na szyję do wejścia po zapamiętanej trasie. Trochę teraz ryzykuję, ale cóż poradzić - taka robota. Koc zsunął mi się z pleców i powiewa gdzieś za mną, ale to teraz nieważne. Słyszę kule świszczące obok mnie. Dwie czy trzy wbijają mi się w lewe ramię, a co najmniej kilka zahacza o hełm, nie czyniąc mi jednak większej szkody poza chwilową głuchotą i nieprzyjemnym dzwonieniem w czaszce. W końcu dopadam do drzwi, wysadzam je z kopa i przylegam do wewnętrznej ściany. Od razu pakuję sobie w ramię dwa stimpaki i jakiś chemiczny syf, żeby nie czuć bólu, po czy osuwam się na ziemię; łykam też coś na wyostrzenie zmysłów. Gdzieś z góry słyszę gorączkowe pokrzykiwania i kroki.
- W środku... wy-wycofaj... bezez... bez odbioru... dam zna-a-aaać... - szepczę do radia w ekstazie. Oszołomienie to efekt uboczny zażycia lub pomieszania specyfików; na szczęście mija po kilkunastu sekundach razem z całym bólem i chwilowymi zawrotami głowy, dając w zamian kilkuminutowy przypływ euforii, ogromnej mocy i "percepcję kota" (tak jest napisane na opakowaniu). Dam głowę, że kiedyś się uzależnię, ale jeszcze nie dziś. Co to kot? W jednej z przedwojennych książek wyczytałem, że było to małe zwierzę mieszkające masowo w miastach, tuż obok ludzi. Owe koty posiadały ponoć legendarny wzrok i słuch. Podoba mi się brzmienie słowa kot. Nigdy żadnego nie spotkałem, ale na obrazku wyglądały jakoś tak... przyjemnie... aż chciałoby się ich dotknąć.
- Co ci jest? Znowu ćpałeś to gówno? - nie odpowiadam. Kiedy świat przestaje wirować, wstaję i nasłuchuję. Dwóch zaraz za kolejnymi drzwiami, co najmniej jeden na górnym piętrze, może po drodze jest ktoś jeszcze. Jeden z nich kuleje. Tak czy siak najtrudniejsza część już za mną. Wkładam kilka stimpaków do sakwy przy pasie i rozpoczynam sukcesywną eliminację szkodników. Co tu dużo gadać, zwykła formalność - włażę do kolejnych pomieszczeń, zabijam złych gości z bronią i ignoruję kulących się pod ścianami niewolników. Do tej pory jeszcze ani razu się nie pomyliłem, mimo, że działam odruchowo i instynktownie, jak maszyna - wchodzę, strzelam, idę dalej.
Dobra, wszyscy łowcy wycięci, świat stał się odrobinę lepszy.
- Gustaw, to już. Bez odb... - atak kaszlu uniemożliwia mi dokończenie formułki, w sumie walić to. Zbieram niewolników w jednym miejscu i uwalniam z więzów, lecz powstrzymuję gestem dłoni przed chaotyczną ucieczką. Najbystrzejszego wysyłam po wodę, a gdy wraca, długo i łapczywie piję, aż nie poczuję się lepiej niż przez ostatni tydzień. Dopiero wtedy objaśniam sytuację i ostrzegam przed minami... ech... oraz cierpliwie tłumaczę tym mniej rozgarniętym, że w ziemi dookoła budynku zakopane są podziemne duchy ognia, które rozszarpią ich na kawałki, jeśli rozgniewa się je stawaniem na nich. Nagle słyszę za sobą szczęk obrzyna. Cholera...
- Ręce na widoku albo rozwalę jej łeb! TERAZ! - słyszę za sobą twardy głos.
- Hej! Hej! To... to moja siostra! Rób co każe! - krzyczy jeden z niewolników, ewidentnie nie dzikus z wioski. Ech, będą kłopoty... odwracam się i powoli unoszę ręce do góry. Łowca przyciska dziewczynę do siebie trzymając ją zgięciem łokcia za gardło. Obrzyn wycelowany jest prosto w jej głowę, lufa niknie w gęstych rudych włosach. Paskudna sytuacja. Jak on mnie podszedł? Chyba się starzeję...
- A teraz ręce za głowę i jazda na ziemię! - wrzeszczy łowca. Aha, już widzę dokąd to zmierza. Nie mam zamiaru dać się zabić na marne. Wybacz, nieznajoma dziewczyno.
- Przepraszam... - mówię na tyle głośno, by usłyszała.
- Co?! - krzyczy wściekle łowca.
- Co? - pyta oszołomiony brat zakładniczki. - Chyba nie chcesz...
Bycie samozwańczym obrońcą pustkowi wcale nie jest łatwym zadaniem. Czasami trzeba podjąć "trudną męską decyzję" i przyjąć jej skutki na klatę, dokładnie tak jak teraz. Czas jakby zwolnił, kilka rzeczy stało się naraz. Zamaszystym ruchem wyjmuję z kabury pistolet i oddaję trzy strzały w głowę łowcy. Jeden pocisk wbija się w szyję dziewczyny, ale dwa sięgają celu. To nie ma znaczenia, i tak by zginęła. Dziewczyna krzyczy. Brat dziewczyny krzyczy. Łowca też krzyczy i naciska spust. Głowa dziewczyny eksploduje czerwoną mgiełką, kawałki jej mózgu wirują przez chwilę w powietrzu. Dwa ciała padają ciężko na ziemię, a ja opuszczam lufę i wpatruję się w drgające zwłoki dziewczyny.
- Co!... Co!... Coś ty zrobił!... EMMA! - były niewolnik przypada do bezgłowego ciała i obejmuje je, łkając i krzycząc na przemian. Widziałem już wiele gówna na pustkowiach, i za każdym razem moja dusza płacze tak samo, choć twarz i reszta ciała pozostają niewzruszone. Stłoczony pod ścianą tłumek spogląda to na mnie, to na ciała. W ich oczach widzę strach, zrozumienie, pogardę, obojętność. Dla niektórych z nich jestem bohaterem, dla innych niczym nie różnię się od ich niedoszłych oprawców. Nie mogę zadowolić wszystkich. W końcu mężczyzna podnosi się z klęczek i patrzy na mnie oszalałym z rozpaczy wzrokiem. Kilka razy otwiera i zamyka usta szukając odpowiednich słów. Jest zdruzgotany i rozbity.
Nie dziwię mu się.
- Ty... Ty... jesteś takim samym śmieciem jak oni! Morderca! Potwór... dlaczego?!
Milczę i patrzę mu głęboko w oczy. Doskonale wiem, że słowa nigdy nie ukoją jego bólu, ale i tak powinienem coś powiedzieć.
- Albo ja, albo on. Jeśli bym się poddał... sam rozumiesz. Zginąłbym, a wy wrócilibyście do niewoli. - rzucam sucho. Na jego twarzy przez chwilę maluje się zrozumienie, lecz po chwili na powrót zastępują je gniew i rozpacz.
- Zabiłeś moją siostrę. - cedzi przez zęby. - Krew z mojej krwi! - rzuca się mnie ciężko, jakby ospale; widać specyfiki jeszcze działają. Mógłbym z łatwością uniknąć jego ciosu, ale jestem mu coś winien. Obrońca pustkowi musi umieć przyjmować na siebie ciężar swoich decyzji. Jego cios niemal pozbawia mnie przytomności. Przez kilka sekund mam tylko ciemność przed oczyma, potem wyłania się z niej drugi i trzeci cios. Po trzecim wypluwam zęba. Mniejsza, i tak miałem ich za dużo. Czwartego ciosu już unikam, bo w dłoni osiłka nagle pojawia się nóż motylkowy. Nie mogę dać się zabić, mam tu do wykonania misję. Widzę, że już zamachuje się do kolejnego uderzenia, więc łapię go za ramiona i mocno potrząsam.
- To był jedyny sposób! Zrozum, to już koniec. Jesteś wolny, i ona też... - słowa są tu zbędne, do zaleczenia ran wystarczy trochę wódki i czas. Na szczęście w budynku znalazł się spory zapas tego pierwszego, a jeśli chodzi o drugie... eee... w każdym razie bezpiecznie wyprowadziłem niewolników z ruin, tym razem nikt nie odłączył się od sznureczka i nie wbiegł w pole minowe. Tak, zdarzały się takie przypadki. Wolność uderza do głowy jak stuletnia whisky, człowiekowi nagle wypada z głowy, co jakiś tam strzelec gadał o minach i ostrożności, no i wypadek gotowy...
Gustaw ucieszył się na nasz widok; na pytanie o moją zmasakrowaną twarz odparłem, że to robota łowców. Nie chcę, by dzielił ze mną MOJE brzemię. Żaden z niewolników nie sprostował. Spec od ukrywania noży motylkowych również milczał. Jego siostrę pochowaliśmy między skałami, oficjalnie jako jedyną ofiarę szturmu na siedzibę łowców niewolników. Prawdę miałem znać tylko ja i ta garstka ocalałych, która rozejdzie się wkrótce po pustkowiach i poniesie owe wieści dalej... może ubarwi je odrobinę, wybielając lub oczerniając moje imię... nieważne. Jestem gotowy na wszystko, co przyniesie przyszłość.

Emmo, spoczywaj w pokoju
niechaj twoja śmierć będzie przestrogą dla łotrów
i świadectwem ceny
jaką trzeba zapłacić za sprawiedliwość

Podobało się? A może się nie podobało? Zostaw feedback! :)
Możesz zostawić prostego "lajka"... ...lub bardziej szczegółową ocenę. :)
(C)ymelium - blog designed by olokotampus, 2015-2018