Cymelium
...literacki koniec internetu...
szybki wybór opowiadania
losowe
zbiorki opowiadań
[PC] Paper Children
; ;
Liczba opowiadań: 31
Ostatnie opowiadanie z dnia:
12 grudnia 2018
12 grudnia 2018, 01:44
Sen o wycieczce na dziewczyny
12
8 maja 2018, 20:48
Komiks o dorosłości, vol. 1
22
4 maja 2018, 21:55
[PC] Drawing Time
12
23 kwietnia 2018, 00:25
Cena sprawiedliwości
15
23 marca 2018, 23:19
Przeklęta ciucharnia na Targowej
16
13 lipca 2017, 00:32
Miku ga Musei (Milcząca Miku)
22
12 września 2016, 14:57
Wywiad z najemniczką
15
9 lipca 2016, 16:23
Moja mama jest wilkołaczką
10
14 sierpnia 2015, 23:28
Surykatkopost
15
7 sierpnia 2015, 15:20
[PC] SHIT!
16
pokaż więcej

Wywiad z najemniczką

Dlaczego zdecydowałaś się odpowiedzieć na moje zgłoszenie? Większość najemników kompletnie mnie zignorowała.
Nie dziwię się, na ogół najemnicy nie zajmują się udzielaniem wywiadów. Niektórzy - jak na przykład ja - nie pogardzą łatwym i bezpiecznym zarobkiem, ale większość woli machać mieczem wydając dzikie okrzyki w wymarłych językach, by pokazać reszcie, że to ich ego jest największe. W praktyce oznacza to zarzynanie wszystkiego, co stoi na drodze do nagrody, począwszy od małych i puchatych stworzonek nieświadomych zagrożenia, a kończąc na całych wioskach pokojowo usposobionych inteligentnych istot. Nie wspominam już nawet o całej rzeszy zabijaków, którzy ledwo potrafią sklecić zdanie, a co dopiero odpowiedzieć na twoje pytania nie wciskając czterech kurw pomiędzy każdą parę słów. Po prawdzie kierowała mną przede wszystkim ciekawość, gdyż nieczęsto widuje się tak nietypowe... zlecenia.
Och... widzę, że ty faktycznie się od nich różnisz. Gdzie nauczyłaś się takiego słownictwa?
Moja matka była dobrze wyedukowaną czarownicą, choć nie wiem, czym zajmowała się wcześniej - to znaczy zanim wprowadziła się do wioski. Nigdy nie opowiadała mi o swojej przeszłości. Ha, nie zdziwiłabym się, gdybym nie była nawet jej biologiczną córką, chociaż sporo przesłanek wskazuje na to, że jednak nią byłam.<śmiech>
Mieszkałaś w wiosce?
Tak, w małej bezimiennej sadybie daleko na południu, tuż koło granicy z Karmazynowym Legionem.
To bardzo daleko stąd. Jak to się w ogóle stało, że trafiłaś do miasta i zostałaś najemniczką?
To dość długa historia, nie wiem, czy chce ci się tyle pisać... upraszając wszystko do jednego zdania: Legion napadł na naszą wioskę, gdy polowałam, porwał wszystkich, którzy nadawali się na niewolników, a ja zastawszy jedynie wypalone ruiny zdecydowałam się ruszyć na szlak i szukać szczęścia gdzie indziej. Po kilku latach tułaczki dotarłam tutaj... i jakoś tak się złożyło, że nie wędrowałam dalej. Wiesz, każdy walczy tak jak umie. Ja umiałam machać mieczem, a gdy sytuacja tego wymagała, to także mielić ozorem. Niby mogłam zostać czarodziejką, alchemiczką czy skrybą, ale wtedy nie byłabym szczęśliwa. Dobijałby mnie marazm i powtarzalność każdego dnia. Tak sądzę.
Ciekawi mnie twoja historia. Pewnie nie różni się zbytnio od historii setek innych ludzi, których życie pchnęło na szlak na długo przed tobą, ale mimo to i tak chciałbym ją usłyszeć. Jeśli to nie jest dla ciebie wielki problem, to od początku i ze szczegółami.
Jesteś absolutnie pewny, że masz odpowiednio wiele czasu, ochoty i funduszy na wysłuchiwanie bajań najprzeciętniejszej najemniczki?
Nie nazwałbym cię przeciętną, a co do wolnego czasu... cóż, nikt poza tobą nie zdecydował się na udzielenie mi wywiadu. Owszem, zajrzało tu kilku groźnie wyglądających jegomości - w tym jeden krasnolud - oraz kilka twardych, zmężniałych kobiet, ale po krótkiej rozmowie wszyscy zrezygnowali. W sprawie honorarium możesz być spokojna, mam w zapasie sporo koron. Oprócz ustalonej stałej stawki wypłacę ci premię zależną od długości i jakości wywiadu, toteż myślę, że twój dar retoryki znacząco zwiększy wagę twojej sakiewki. Takie postępowanie ma wymusić u rozmówcy szczerość.
Ha, zawsze wiedziałam, że moja znajomość ortografii i właściwa stylistyka kiedyś przełożą się na wymierne profity. Więc mówisz, że jestem pierwszą osobą zwierzającą ci się z życiorysu? Ha. Może popełniłam błąd przychodząc tu? Spokojnie, tylko żartuję. <śmiech> Tak z ciekawości... do czego użyjesz mojej historii?
Chcę wydać książkę opisującą żywoty zwyczajnych ludzi - najemników, rzemieślników, chłopów... myślę, że to przyniesie spory zysk.
To może zaproponowałbyś mi procent od dochodów zamiast ustalonej sumy?
Um... wybacz, ale nie mogę się na to zgodzić.
No trudno. Skoczę tylko do bufetu po dwa zimne piwka, coby nam w gardłach nie pozasychało - mnie od strzępienia języka, a tobie z nudów.
(chwilę później, po kupieniu dwóch zimnych Paladynów)
No, teraz możemy rozmawiać. Od czego by tu zacząć... mhmm...
Może od samego początku?
Ha, tu mnie masz. No dobra, zaczynam. Urodziłam się w jednej z wielu bezimiennych wiosek leżących na pograniczu z Karmazynowym Legionem - czyli po prostu kawał drogi stąd na południe. Nasza wioska znajdowała się na krawędzi klifu, ale to nie była żadna specjalna lokalizacja zważywszy na fakt, że tamtejsze tereny składały się głównie z jarów, urwisk i różnych śmiesznie wyglądających pofałdowań zarośniętych gęstymi lasami. Jeśli nie znało się bezpiecznych ścieżek, to przejście przez ten las bez złamania kilku kończyn było praktycznie niemożliwe. Pamiętam, że od północy wioska graniczyła z bezkresnymi puszczami pełnymi słodkich jagód i smacznych jaszczurek, a od południa z położoną daleko w dole doliną dzielącą nas od ziem karmazynów. Czasami w ciepłe, słoneczne dni dawało się zobaczyć ich malutkie czerwonawe postaci przekraczające rzeczkę płynącą środkiem doliny. Ogólnie to żyło nam się całkiem dobrze pomimo bliskości karmazynów... mhmm...
Jakim cudem unikaliście wykrycia?
Moja matka była wioskową czarownicą, i to dosyć potężną. Rzuciła czar na okoliczne lasy, żeby do wioski nie wszedł nikt, kto nie został do niej zaproszony przez kogoś z wewnątrz. W praktyce oznaczało to tyle, że każdy kupiec, bard czy inszy podróżny musiał zaczekać w ustalonym miejscu - tzn. przy starym dolmenie - na kogoś z naszych i dopiero z nim udać się do wioski - inaczej zaraz zgubiłby drogę. Co ciekawe po opuszczeniu wioski nie potrafiłby do niej trafić ponownie, jeśli nie spędził nocy w domu któregoś z mieszkańców, dlatego też wszystkich gości lokowaliśmy w karczmie, tak dla bezpieczeństwa. Niby się mniej lub bardziej znamy z widzenia, ale czasy niebezpieczne i nie wiadomo, komu można zaufać.
To bardzo pomysłowe, ale wspominałaś, że na wioskę napadł Karmazynowy Legion. W jaki sposób ominęli tak wyszukane zabezpieczenia?
Ha, to jest chyba najlepszy fragment. Znaleźliśmy kiedyś ciężko rannego legionistę i przez przypadek kurowaliśmy w domu jednego z mieszkańców, przez co zaklęcie zaczęło traktować go jako jednego z nas. Kiedy w końcu wyzdrowiał, najzwyczajniej w świecie uciekł do swoich i sprowadził do nas resztę karmazynów. Ot, splot kilku niefortunnych zdarzeń, które wymknęły się spod kontroli i przygniotły nas lawinowo.
Możesz opowiedzieć o tym coś więcej, bardziej szczegółowo?
Mhmm, mogę... ...pewnej nocy pod dolmen przypałętał się ciężko poraniony, pookaleczany legionista od Karmazynowych, bardziej martwy niż żywy. Jego koń ponoć wcale nie wyglądał lepiej. Nie było mnie wtedy przy tym, ale mówili, że biedny zwierzak padł z wyczerpania i ran przygniatając cielskiem karmazyna, i tylko cud w postaci Trzepka zbierającego chrust sprawił, że karmazyn przeżył. Trzepek przywlókł go ze sobą na plecach do karczmy i rzucił na stół w izbie. To już widziałam na własne oczy, podobnie jak trzy ćwiarte wsi. Nieczęsto się zdarza coś takiego, więc wszyscy się zebrali, bo zapowiadało się niezłe widowisko. Karmazyn broczył z wielu ran, ręce wyginały mu się pod dziwnymi kątami, zbroję na brzuchu miał rozciętą, chociaż flaki trzymały się dalej w środku, a jego płaszcz, pancerz i twarz były o wiele bardziej karmazynowe, niż sugerowała to nazwa. Zamiast prawego oka miał czerwonawą breję doprawioną potężną poszarpaną szramą ciągnącą się od czoła poprzez wspomniany oczodół, zahaczającą o nos i usta, a kończącą się na rozciętej wpół brodzie. Nie wiedziałam, że taki cios można przeżyć. Posłano mnie po matkę, bo w wiosce ona najlepiej znała się na szyciu ran i ogólnej medycynie. Gdy go zobaczyła, pokręciła z niesmakiem głową i stwierdziła, że lepiej by było go dobić niż wyleczyć. Nie chodziło jej wszakże o to, że jego rany są zbyt ciężkie do wyleczenia, kiedyś na własne oczy widziałam, jak matka przyszyła Dzikobijowi ramię urwane w łokciu, i to tak, że Dzikobij wyzdrowiał i poruszał nim prawie całkiem swobodnie. Nie, matka miała wówczas na myśli, że to karmazyn. Jeśli pozwolilibyśmy odejść mu z wioski, to mogłoby się zrobić nieprzyjemnie nawet pomimo zaklęcia ochronnego. Długo trwała awantura pomiędzy matką a starszym wioski; w końcu zdecydowano, że skoro karmazyn znalazł się już w wiosce, to trzeba go wyleczyć, a dalsze decyzje zostawić na potem. Matce wybitnie się to nie spodobało, ale pozszywała go i oczyściła rany ziołami. Sądzę, że zaklęcie wytrzymałoby nawet wtedy, gdyby karmazyn opuścił wioskę, ale zdarzył się pewien... incydent. Matka kategorycznie nakazała przydzielenie pokoju w karczmie rannemu, ale karczmarzowi nijak to było w smak. Nie jestem pewna, co dokładnie się stało, ale najprawdopodobniej karczmarz zatruł rany karmazyna i przekazał grabarzowi pieczę nad nim będąc pewien, że ranny do rana umrze, a wtedy grabarz od razu go pochowa i będzie po sprawie. Tak się jednak nie stało. Karmazyn spędził noc w chatce grabarza przełamując tym samym ochronną barierę, która chroniła nas od intruzów, zaś rano znaleźliśmy tylko ciało grabarza i ścieżkę świeżej krwi prowadzą do stajni. Matka wpadła w szał, gdy się o wszystkim dowiedziała, i chociaż na pozór była niezwykle opanowana i spokojna, to ja wiedziałam, że w środku gotuje się ze złości. Wzruszyła tylko ramionami i rzekła jakby od niechcenia: "Trudno, co się stało, to się nie odstanie.", po czym w naszym domku ona obrzeżach wsi wygłosiła płomienny monolog z dużą ilością brzydkich słów, które wówczas usłyszałam po raz pierwszy w życiu. Parchaty kotojebca to było najlżejsze z nich. Kilka ceramicznych talerzy wylądowało w kawałkach na podłodze, ale na szczęście szybko zabrałam mój ulubiony z zasięgu ramion nemesis, jakim stała się moja matka. Nie dziwię się, że była zirytowana, w końcu włożyła w to zaklęcie sporo pracy i wysiłku, a przez kaprys karczmarza wszystko trafił szlag. W ogóle Trzepek nie powinien był przynosić tu karmazyna, ale wiesz... jego imię nie wzięło się znikąd. Trzepek jest nieco inny, wiesz, tak jakby... eee... no po prostu - trzepnięty. To dobry chłopak, ale niezbyt rozgarnięty. Nikt norm... to znaczy inny nie przyniósłby do wioski karmazyna. Tamtego dnia matka wysłała mnie na polowanie, miałam zebrać jak najwięcej zapasów - jaszczurek, ich jaj, różnych leczniczych ziół, zajęcy, jagód, owoców... po prostu miałam naznosić wszystko, co można zjeść lub sprzedać. Mieliśmy wyruszyć ze świtaniem i opuścić wioskę na dobre. Matka zazwyczaj się nie myliła, więc skoro sądziła, że karmazyn przyprowadzi resztę oddziału, to zapewne miała rację. I owszem, również tym razem intuicja jej nie zawiodła, tyle tylko, że źle wyliczyła czas przybycia napastników. Zobaczyłam dymy wznoszące się aż po horyzont, gdy polowałam w górach oddalonych o kilka kilometrów od wioski, chociaż wojska karmazynów miały przybyć dopiero jutro. Przerwałam polowanie i natychmiast zawróciłam, chociaż nie liczyłam na zbyt wiele. Co do samego polowania... w tamtejszych terenach jaszczurki najchętniej zakładają gniazda, bo pełno tam skałek i rozpadlin, w których można znaleźć różne owadzie przysmaki, nie dziwota zatem, że zebrałam cały worek skórzastych jaszczurzych jaj i kilka tuzinów jaszczurek. Zazwyczaj nie zabierałam ich zbyt wiele, żeby nie naruszyć równowagi ekologicznej, ale wtedy sytuacja wymagała podjęcia specjalnych działań. W jednej z jaskiń spotkałam olbrzymiego warana skalnego, który był tak ogromny, jak ja wówczas. Walka z nim była długa i wyczerpująca, bo najwyraźniej uznał, że to on zje mnie, a nie ja jego. W końcu utłukłam go jakimś kamieniem, ale jego szpony i zębiska pozostawiły na mnie wieczysty ślad - moją pierwszą bliznę. Jestem z niej bardzo dumna, chociaż wtedy nie było mi do śmiechu. Może ci się wydawać, że to nic takiego, ot, bledszy kawałek skóry, jakich noszę na sobie baaardzo wiele, ale za każdą blizną kryje się jakaś historia. One pomagają mi pamiętać, co zrobiłam i gdzie, a czasami komu.
Czyli wszystkie te blizny zostały ci zadane w walce?
Nooo, tak po prawdzie to nie wszystkie. Kilka z nich, głównie na rękach i brzuchu zrobiłam sobie sama, żeby łatwiej mi było dostać się do gildii najemników. Nie jestem pewna, czy faktycznie w czymś pomogły, ale cała reszta kryje w sobie mnóstwo fascynujących historii.
Widzę, że gdybym chciał cię spytać o każdą, to nie wystarczyłoby mi pergaminu... mhmm... opowiesz mi o kilku najciekawszych?
Ha, wszystkie są ciekawe. Wybierz sobie którąś z blizn, a opowiem ci o niej.
No to może na początek ta na policzku. Nie, nie ta, ta obok. Byłabyś całkiem ładna, gdyby nie te wszystkie blizny.
Nie mam być ładna, tylko groźna. <śmiech> Ta większa to dość nietypowe draśnięcie, które prawie mnie zabiło; gdyby nóż wszedł ledwie o palec głębiej, to zapewne byśmy teraz nie rozmawiali. Którejś nocy wracałam lekko podpita z Czarnego Niedźwiedzia i, jak to często bywa w tamtych okolicach, natknęłam się w ciemnej uliczce na trzech podejrzanych typków. Nie wiem, czy zamierzali mnie obrabować, zabić, czy tylko zgwałcić, ale gdy pierwszy rzucił się na mnie z nożem, to instynkty wzięły górę nad rozumem otumanionym wówczas alkoholem i wyuczone ruchy wykonały się same. Unik, przewrót i podcięcie ścięgien pod kolanami. To działało niemal na wszystkich wrogów, bo mało kto spodziewa się, że podczas walki będę tarzała się po ziemi, a na dodatek nikt nie dba o dobrą ochronę w najbardziej kluczowych punktach, gdzie zbroja jest cieńsza. Drugi był mądrzejszy, bo nie rzucił się na mnie, tylko wyjął gotową do strzału kuszę. Kątem oka widziałam, jak trzeci chciał mnie zajść od tyłu, więc ustawiłam się między nimi, a gdy bełt wystrzelił, zrobiłam unik. Wbrew pozorom unikanie bełtów nie jest trudne, o ile nie patrzysz się na bełt, tylko na ręce strzelca. Mało który orientuje się, że zdradzają go ruchy tuż przed strzałem. W praktyce unikasz więc bełtu, zanim ten jeszcze wyleci z kuszy. W ten sposób załatwiłam dwóch z nich; ten trafiony bełtem rzęził przeraźliwie, bo bełt przebił mu płuco, a ten drugi na przemian klął na mnie i płakał, bo nie mógł wstać. Obserwowaliśmy się uważnie z ostatnim zdolnym do walki. Wiedziałam, że on wie, że jestem pijana i ledwo stoję na nogach, a on wiedział, że mimo to jestem groźną przeciwniczką. Wyczekał na moment, aż znowu się zachwieję, i wtedy błyskawicznym ruchem wyciągnął z rękawa sztylet motylkowy i od razu rzucił w kierunku mojej twarzy. Złapałam go w rękę, ale i tak poharatał mi twarz. Z tą blizną na twarzy łączy się blizna na lewej dłoni, spójrz... Miał wtedy naprawdę śmieszną minę, chyba nawet się roześmiałam. Odrzuciłam mu sztylet z powrotem, ale rzucałam lewą rękę i po pijaku. W efekcie nie trafiłam go w krtań, tak jak planowałam, tylko w oko. Nieprzyjemny widok. Próbował go sobie wyjąć, ale bezskutecznie. Po chwili padł na ziemię, znieruchomiał na chwilę i zaraz dostał drgawek. Nie jestem sadystką, zabijam tylko wtedy, kiedy muszę, ale po tym całym alkoholu miałam cudowny humor. Jakaś część mnie wiedziała, że właśnie o mało co nie zginęłam, a jednak ja stałam wtedy w ciemności i śmiałam się serdecznie, z broczącą z dłoni i twarzy krwią, otoczona trzema dogorywającymi mężczyznami - rzężącym, klnącym i drgającym. Wtedy wydawało mi się bardzo zabawne, nawet wymyśliłam, że można by zrobić o tym sztukę teatralną - "rzężący, klnący i drgający, czyli oparta na faktach dwuaktowa sztuka o trzech smutnych facetach w ciemnej uliczce". Nie patrz tak na mnie, byłam pijana! Dzięki wszystkim Bóstwom, że z przyzwyczajenia zabandażowałam sobie rany, zanim położyłam się spać. I tak musiałam zmienić pościel w moim łóżku w gildii, bo wyglądało, jakbym miała okres i zapomniała o kawałku szmatki.
A ta druga, mniejsza?
Ha, to jest dopiero ciekawa sprawa. Szłam sobie przez targ i kupowałam zapasy, świeciło słoneczko, a kapłani nie odprawiali żadnych podejrzanych obrządków w świątyniach - po prostu całkiem zwyczajny dzień. Nagle usłyszałam za sobą odgłosy szamotaniny i krzyki. Myślałam, że to jakiś złodziej, więc odruchowo wyjęłam sztylet, żeby ruszyć w pogoń - zawsze warto pomagać, bo ludzie często chcą się odwdzięczyć - a tu wszyscy leżą na ziemi i zakrywają głowy dłońmi, a na mnie pikuje przerośnięty orzeł górski. Niemal wpadłam w panikę, ale w porę się ogarnęłam i cięłam go prosto przez łeb tym malutkim sztyletem. Trafiłam, ale mało nie straciłam oka; jego pazury wyryły mi wtedy tę właśnie bliznę. Do dziś nie jestem pewna, co właściwie zaszło ani skąd się wzięło w środku miasta takie ptaszysko.
Niesamowita historia. Czy każda z twoich blizn powstała w tak, eee... niecodzienny sposób?
Mniej więcej każda, oczywiście oprócz tych powstałych przy samookaleczeniu.
Rozumiem... nie będziesz miała nic przeciwko, jeśli powypytuję cię jeszcze o kilka blizn?
To twoje pieniądze. Jeśli tylko zapłacisz mi odpowiednio więcej, to mogę ci tak nawijać choćby do jutra.
Taaak... ekhm... to znamię na twojej szyi wygląda dość ciekawie...
I nie bez powodu! Dasz wiarę, że kiedyś nazywano mnie Bezgłową Damą?!
O Bogowie... czuję, że nie chcę pytać, ale i tak zapytam.
Kiedyś przyjęłam zlecenie na zdobycie ważnych dokumentów głównodowodzącego pewnej bandyckiej szajki; zwali się chyba Wilkami Północy, czy jakoś tak...
Chodzi ci zapewne o Lisy Północy.
O to to, właśnie tak się nazywali. Wiedziałam, że coś z psowatymi.
Przepraszam, że się wtrącę - wiesz oczywiście, że swego czasu Lisy trzęsły całym miastem?
Taaa, wiem. Musieli komuś ostro zajść za skórę, skoro pojawiło się zlecenie mające na celu rozszyfrowanie ich planów i w efekcie osłabienie ich pozycji. Normalnie nie brałabym się za takie zlecenie, ale półtora miliona koron piechotą nie chodzi. Z drugiej strony tylko samobójca podjąłby się próby okradnięcia Chana Kitsune.
I okradłaś go?!
Taaak, ale łatwo nie było. Wierz lub nie, ale zginęłam podczas wykonywania zadania... stąd ta blizna.
Jak to zginęłaś? Przecież teraz jesteś tu żywa i rozmawiasz ze mną. Korzystałaś z zakazanych sztuk?
Nieee, użyłam najzwyczajniejszego kamienia duszy. Kosztował mnie małą fortunę, jakieś sto czy dwieście tysięcy koron, ale dzięki temu miałam pewność, że nie jest podróbką znalezioną na polu i pomalowaną świecącą farbką. No, może nie tylko dzięki temu; znajoma magiczka poleciła mi zaufanego kupca. Niektórzy z nich mają taki tupet, że sprzedają podróbki za niebotyczne ceny. Jeśli uda im się z powodzeniem oszukać bogatego klienta, to mają szczęście; martwi zazwyczaj nie składają reklamacji. Lecz jeśli klient wykryje, że wydał kilkanaście tysięcy koron na polny kamyk... biada takiemu kupcowi. Czasami uda mu się uciec z miasta z pieniędzmi i wtedy jest ustawiony na resztę życia, ale najczęściej kończy w rzece z duuużym głazem przywiązanym do szyi. Są sposoby, żeby sprawdzić, czy kamień duszy jest prawdziwy; ja swój też sprawdziłam dla pewności.
Mówisz o tym tak spokojnie, jakby to była codzienność.
To tylko pozory, ale cieszę się, że odniosłeś takie wrażenie. Staram się być opanowana albo przynajmniej na taką wyglądać, ale i tak odczuwam duży dyskomfort przy uciekaniu się do takich sztuczek. A nuż kamień nie zadziała, albo moje ciało zostanie spalone na popiół i nie da się go wskrzesić, albo kupiec przechytrzy mój zaklęty amulecik i sprzeda mi nieprawdopodobnie realistyczną fałszywkę... muszę być opanowana, bo tylko spokój ratuje mnie od szaleństwa.
Opowiesz coś więcej o tym zleceniu?
Teoretycznie nie powinnam, bo tajemnica zawodowa zobowiązuje mnie do milczenia przy zleceniach tego formatu, ale jakieś ogólniki mogę ujawnić. Co chcesz wiedzieć?
Jak udało ci się znaleźć na tyle blisko Chana Kitsune, by móc go okraść?
Ha, jestem kobietą. Może i nie grzeszę urodą, ale tak czy siak potrafię to i owo. Faceci to proste i nieskomplikowane stworzenia, łatwo ich zaspokoić. Wieści o moich umiejętnościach szybko się rozeszły i w ciągu dwóch miesięcy przewędrowałam poprzez kolejne łóżka aż do samego Chana.
Niektórzy nazwaliby cię dziwką.
Owszem, zdarzało się, że słyszałam takie niewybredne epitety pod swoim adresem. Wtedy wyzywałam delikwenta na pojedynek i albo przyjmował wyzwanie i zostawał przeze mnie doszczętnie pobity tracąc honor, albo odrzucał wyzwanie i tracił go jeszcze więcej, zyskując za to miano tchórza, który boi się stanąć do walki z kobietą. Może i jestem przedstawicielką, pfff, "słabszej płci", ale wielu rosłych chłopów dwa razy pomyśli, zanim wejdzie mi w drogę czy rzuci jakąś szowinistyczną uwagę. Zwykle patrzą wtedy ukradkiem na blizny, które pozostawiłam im na pamiątkę.
Myślę, że wystarczy już rozmów o bliznach. Patrząc na twoje ciało zastanawiam się, czy masz chociaż jeden nieoszpecony kawałek skóry... um, wybacz, nie chciałem cię urazić, to tylko czysta ciekawość. Co czułaś po odkryciu, że twoja wioska została zrównana z ziemią?
Przede wszystkim zagubienie i paraliżujący strach. Gdzieś w głębi czułam też poczucie winy, dokładnie takie, gdy odkrywasz, że matka dowiedziała się o zjedzonym przez ciebie słoiku ciasteczek. Początkowo nie wiedziałam co robić, ze stresu się popłakałam, ale to chyba normalne w takiej sytuacji, jeśli jest się kilkunastoletnią dziewczynką. Gdy skończyły mi się już łzy, a nerwy nieco zelżały, uderzyłam się w twarz, by odzyskać spokój ducha i rozpoczęłam chłodne kalkulacje. Z wioski pozostało tylko kilka dymiących szkieletów, gdzieniegdzie dogasał ogień lub żarzył się żar. Wiedziałam, że nie mogę tam zostać. Zaczęłam szukać jakichkolwiek ocalałych, ale bez większych nadziei na sukces. Nie znalazłam ani matki, ani nikogo z wioski. Nawet trupów było jakoś mało; dopiero wiele lat później dowiedziałam się, że Karmazynowy Legion napadając na wioski i miasta bierze jeńców żywcem, by później zrobić z nich niewolników. Miałam cichą nadzieję, że moja matka z uwagi na swoje wykształcenie i szeroką wiedzę została guwernantką, ale równie dobrze mogła zostać sprzedana do burdelu. W końcu była elfką, a egzotyczna uroda i filigranowe kształty są zawsze w cenie... ale mniejsza z tym, przecież nie cofnę czasu. Zaraz po przybyciu do wioski przeszukałam zgliszcza zabierając z nich wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. W ruinach naszej chatki znalazłam swój ulubiony ceramiczny talerz, ten, który kilka godzin wcześniej uratowałam przed furią matki. Stwierdziłam wówczas, że zdarzył się mały cud, skoro talerz przetrwał atak karmazynów. Mam go dzisiaj, ale nie używam go, żeby przypadkiem się nie potłukł. Zamknęłam go w skrytce bankowej u Rudolfa Grzmotobrodego razem z kosztownościami. Krasnoludzcy bankierzy mają na tyle taktu, by nie pytać o szczegóły, byleby dostali na czas swoją prowizję.
Co zrobiłaś potem, gdy wyruszyłaś na szlak? Jak wyglądała twoja ewolucja od bezimiennej sieroty do najemniczki?
Wyruszyłam następnego dnia; wędrowanie nocą poprzez lasy nie byłoby dobrym pomysłem. Tamta noc była chyba najgorszą w moim życiu - musiałam pochować tych kilku szczęśliwców, których karmazyny nie wzięli żywcem, no i oczywiście wyspać się przed rozpoczęciem podróży. Źle się czułam leżąc nadpalonym łożu w ruinach chatki mając nad sobą tylko rozgwieżdżone niebo, a i tak dobrze, że wtedy nie padało. Rankiem spojrzałam jeszcze raz za siebie, starając się zarazem zapamiętać i zapomnieć ten przykry obrazek - w końcu w tym miejscu przeżyłam całe swoje życie. Ha. Niestety, ból jest najlepszym nauczycielem, ale to dzięki niemu stałam się tak twarda i odporna psychicznie. Moja wędrówka trwała długo, w zasadzie to nie miałam nawet jakiegoś szczególnego planu czy celu w życiu, chciałam po prostu tułać się z miejsca na miejsce żyjąc z dnia na dzień i czekając, co przyniesie jutro. Po drodze mijałam dużo wiosek, a w każdej z nich ludzie mieli odrobinę inne zwyczaje i wierzenia, a nawet odrębne słownictwo. Wiedziałeś, że ziemniak nazywa się pyrą, grulą, kartoflem albo barabolą w zależności od tego, gdzie się znajdujesz? Tak czy siak wędrując musiałam jakoś zarobić na życie, obronić się przed niebezpieczeństwem, a czasami zwyczajnie odpocząć, toteż szybko zaopatrzyłam się w krótki mieczyk, skórzaną zbroję i poręczną torbę, w której spoczywał cały mój dobytek - głównie jedzenie, ale też mój ukochany talerz i trochę pieniędzy ukrytych w wydrążonych kamieniach. Co tak patrzysz? To takie zabezpieczenie, nauczyłam się tego w wiosce od matki. Po prostu bierzesz zwyczajny spory kamień, przy użyciu odpowiednich narzędzi wydrążasz go, wycinasz otwór i wkładasz do środka pieniądze razem z trawą, żeby nie brzęczały. Nikt nie wpadnie na pomysł, żeby szukać w kamieniu szczeliny do podważenia "zatyczki". Teraz już nie potrzebuję takich sztuczek, więc mogę ci pozdradzać swoje najtajniejsze sekrety, ale kiedyś byle gówniarz był silniejszy ode mnie i mógł zabrać wszystkie moje pieniądze, jeśli obnosiłabym się z nimi zbyt ostentacyjnie. Nie stroniłam od ciężkiej pracy, więc często pomagałam w polu czy przy trzodzie za miejsce do spania, miskę strawy i kilka groszy na potem. Gdy byłam mniejsza, chłopcy często składali mi niemoralne propozycje, ale gryzienie i drapanie szybko wybijało im z głowy takie niemądre pomysły. Niektórzy zwoływali kolegów, żeby potem się na mnie zemścić i zapewne grupowo zgwałcić, ale zawsze kończyło się tak samo - potrafiłam się obronić, często zadawałam jednemu lub kilku z nich mniej lub bardziej dotkliwe rany moim sztyletem, po czym następnego dnia odchodziłam w pośpiechu z wioski, żeby uniknąć kłopotów. Tak czy siak, zawsze to JA byłam winna, bo przecież byłam obcą przybłędą znikąd i nie miałam prawa odmówić chwili przyjemności naszemu pięknemu Mietkowi czy innemu Jóźkowi, a w ogóle to powinnam się gdzieś ustatkować jako wioskowa dziwka i umrzeć w połogu wydając na świat czyjegoś bękarta. W dziewięciu przypadkach na dziesięć właśnie tak byłam postrzegana. Nie miałam w sumie nic przeciwko temu, dopóki nie dochodziło do rękoczynów, ale bycie w gotowości do obrony o każdej porze dnia i nocy zaczynało mnie powoli męczyć. Rosłam, robiłam się starsza, a wciąż miałam na własność tylko ten mieczyk, talerz, trochę oszczędności i zbroję, którą co jakiś czas wymieniałam na większą. Oczywiście co jakiś czas kupowałam coś jeszcze do mojego dobytku - głównie książki, i chociaż treściowo pozostawiały wiele do życzenia, to musiałam coś czytać, bo bałam się, że zapomnę, jak się to robi. Naprawdę! <śmiech> Mój dobytek powiększał się zatem stale, chociaż bardzo nieznacznie, w końcu sama musiałam to wszystko dźwigać, ale przynajmniej dzięki temu dość szybko nabrałam krzepy. Raz musiałam wymienić torbę na większą i wydrążyć kilka nowych kamieni, ale ogólnie nie było aż tak źle... oczywiście gdyby nie ta samcza głupota i konieczność zamanifestowania swojego zakompleksionego ego. Wiele lat minęło mi w ten sposób - od wioski do wioski - a ja robiłam się większa i dojrzalsza. Propozycje też robiły się groźniejsze, bo z czasem zaczęli je składać dorośli faceci, a nie napaleni chłopcy. Wtedy zaczęłam się bać na poważnie. Nie o to, że sobie nie poradzę z napastnikiem, co to, to nie, ale wizja zlinczowania przez całą wieś jest nieco bardziej niemiła, niż przepychanka z kilkoma wyrostkami. Z początku szło nieźle, w pewnym momencie prawie zapomniałam o strachu, aż któregoś razu wszystko szlag trafił. Pewnej nocy do stajni - mojej noclegowni w tamtejszej wiosce - wparował rosły chłop śmierdzący przetrawioną wódką i nieświeżym potem. Zatrzasnął za sobą drzwi na rygiel i wrzeszczał do stojących przed stajnią kompanów, rechocząc razem z nimi. Bałam się wtedy jak jasna cholera, a miałam może z osiemnaście, dwadzieścia wiosen? Z tego co zrozumiałam z tych dzikich porykiwań ten w stajni miał najbardziej zakompleksione ego i był nieformalnym dowódcą lokalnej grupki osiłków. Domyślałam się, co zechce ze mną zrobić, i co się stanie potem, gdy ze mną skończy. Nie zamierzałam poddać się bez walki; zatrzaśnięte drzwi działały na moją korzyść. Mimo wszystko chciałam spróbować rozwiązać to bezkrwawo. Udawałam zaspaną, spytałam ziewając, co się dzieje. Tamten na to, żebym ściągała giezło, to zrobi mi tak dobrze, że będę błagała o więcej. Zrobiło mi się niedobrze od bijącej od niego bogatej woni zapachów, więc odgryzłam mu się najplugawiej, jak umiałam, głosząc przy tym sugestie co do proweniencji jego matki. Tamten zmrużył oczy, charknął, splunął mi w twarz i spróbował mnie uderzyć. W odpowiedzi świsnął mieczyk i gbur padł na ziemię, trzymając się za rozharatane gardło. Celowałam w rękę, ale jakoś tak się dziwnie złożyło, że poniosły mnie emocje, szczególnie gniew... tamci za drzwiami zaczęli coś podejrzewać, bo od tamtej strony nasiliły się krzyki i głuche uderzenia, widocznie próbowali wyważyć wrota. Wtedy na moment ogarnęła mnie panika - oto stałam nad rzężącym w agonii pijusem dzierżąc w dłoni ociekający jego krwią miecz, a za drzwiami czekał wściekły tłum, który najpewniej zgwałci mnie wielokrotnie i zatłucze na śmierć cepami, sierpami, motykami i co kto ma akurat pod ręką... jeśli będę miała szczęście. Uderzyłam się w twarz tak jak przed laty w spalonej wiosce i momentalnie odzyskałam spokój i chłodny rozsądek. Rozsiekałam po chichu deski z drugiej strony stajni i zmyłam się, zanim ta tłuszcza wtargnęła do środka. Od tamtego czasu coś się zmieniło. Wiedziałam już, że muszę znaleźć sobie jakieś sensowne miejsce do osiedlenia się, bo tułaczka od wioski do wioski i mordowanie ludzi prędko sprowadzi na mnie kłopoty. Totalnie nie znałam geografii, więc pytałam ludzi, gdzie jest największe miasto i wędrowałam w tym kierunku, ale po trzykroć ostrożniejsza. Unikałam kłopotów, jeśli tylko mogłam, i nigdzie nie zatrzymywałam się dłużej niż na dwa-trzy dni, żeby facetom nie przyszły czasem do głowy jakieś głupie myśli. I tak miałam szczęście, że tamci nie wysłali za mną listu gończego. Poza tym jednym wypadkiem całe moje życie stanowiła na przemian wędrówka i walka o przetrwanie; można rzec, że byłam dzieckiem wpierdolu. Tak jak opisałam: wioski były niemal identyczne, zawsze działo się to samo, a jedyne zmiany to powiększający się z wolna mój ekwipunek i doskonalenie umiejętności machania mieczem. To wszystko, naprawdę. <śmiech> Zwyczajna historia zwyczajnej dziewczyny.
A co z miastem? Jak trafiłaś do gildii najemników?
Najzwyczajniej w świecie: potrzebowałam pieniędzy i nie zamierzałam zarabiać ciałem... nooo, w każdym razie nie upodlając się, bo najemnicy przecież też wynajmują swoje ciało, tylko w inny sposób. <śmiech> Przyjrzałam się kilku gildiom, a wierzaj mi, że sporo ich jest w tym mieście. Każda miała inną politykę i własne standardy, niektóre wymagały bezgranicznego posłuszeństwa przywódcy, a inne żądały kosmicznych sum wpisowego. W końcu dołączyłam do Wróżkowego Ogona; panowała tam przyjazna, wręcz rodzinna atmosfera, wpisowe można było uiścić później, po zarobieniu paru monet, a w zleceniach można przebierać wedle uznania. Jedyne obostrzenia to oddawanie piątej części każdej nagrody na utrzymanie gildii i pomoc innym członkom - jak dla mnie bomba. Wielu miłych ludzi pomagało mi odnaleźć się w nowym otoczeniu, później ja robiłam to samo dla innych. Cieszę się z tej gildii. Dzięki możliwości wyboru zleceń nie muszę nikogo zabijać, jeśli nie chcę, oraz pracuję tyle, ile mi się podoba. Jeśli potrzebuję więcej pieniędzy, to biorę więcej zleceń, a jeśli nie, to nie - proste, prawda? Każdy ma tyle, ile sobie wypracował. Nie ma żadnego obostrzenia mówiącego, że trzeba w miesiącu wykonać tyle a tyle zleceń - nie chcesz, nie pracujesz, to twoja sprawa i twoje zmartwienie, jeśli nie będziesz miał co włożyć do pyska.
Naprawdę są takie gildie?! Myślałem, że najemnicy to bezmózgie ciepagi, które podejmą się każdego zlecenia, byle by była w nim wzmianka o złocie.
Też tak myślałam, a jednak okazuje się, że nie. Człowiek się uczy przez całe życie, matka zawsze mi to powtarzała... chociaż w jej przypadku to nie miało większego sensu, bo była elfką czystej krwi.
Właśnie, twoja matka... jaka ona była?
Mądra. Bardzo mądra i dobrze wykształcona. Nie mam pojęcia, co robiła przed przybyciem do wioski, ale nieszczególnie mi to przeszkadzało. Była mi nie tylko matką, ale też przyjaciółką i nauczycielką. Wszystko, co wiem, wiem od niej - o życiu, o magii, o ziołach i przetrwaniu w dziczy, o fazach księżyca i kobiecych dolegliwościach... nauczyła mnie pisać i czytać w kilku językach, w tym w trzech dialektach staroelfiego. Jest co prawda kilka rzeczy, o których mi nie powiedziała, jak choćby polityka, układy sił czy geografia, ale to pewnie dlatego, że nie zdążyła, a poza tym byłam za mała. Nigdy mnie nie uderzyła ani nie obdarzyła złym słowem. Jestem jej dozgonnie wdzięczna za to, kim jestem teraz. Czasami myślę, że wtedy, w naszej rodzinnej wiosce... może ona się nie pomyliła? Wszak nigdy się nie zdarzyło, by nie miała racji. Może wysłała mnie na polowanie celowo, żeby nie było mnie wtedy w wiosce? Nie wiem...
Mówisz tyle o matce, a co z ojcem? Nie wspominałaś o nim.
Nie wiem, kim był. Kilka razy pytałam matkę, czemu inne dzieci mają dwójkę rodziców, a ja tylko ją, ale ona za każdym razem milczała albo szybko zmieniała temat. Nie mam pojęcia, kim był, czy żyje ani co się z nim stało. Domyślam się, że był człowiekiem, bo ja jestem tylko półelfką, ale na tym kończy się moja wiedza.
Rozumiem. Chciałabyś coś jeszcze dodać o sobie na zakończenie wywiadu? Jakaś rada lub wskazówka dla potomnych?
Chyba nie, wszystko co było do powiedzenia zostało już powiedziane i zapisane. Chociaż... w sumie to mogłabym zarzucić filozoficzną refleksją...
Taaak?
Żyj i pozwól żyć innym. Wiem, oklepane zdanie, ale niech zakończy nasz wywiad, bo właśnie przez niestosowanie go jestem tu dzisiaj, taka jak teraz i inna, niż mogłabym być.
Żałujesz tego, co mogłoby się stać, gdyby Legion nie napadł wtedy na waszą wioskę?
Czasami, zazwyczaj w pochmurne deszczowe noce. Ale krótko i mało, bo dzięki temu poznałam masę świetnych osób we Wróżkowym Ogonie i nawiązałam z nimi taką relację, jakiej nigdy nie miałam z nikim w wiosce, poza matką oczywiście. Są dla mnie jak rodzina.
A zatem dziękuję za poświęcony mi czas.
Cała przyjemność po mojej stronie. Nie zapomnij, że czekam na moje bajkowo wysokie honorarium! <śmiech>

Podobało się? A może się nie podobało? Zostaw feedback! :)
(C)ymelium - blog designed by olokotampus, 2015-2018