Cymelium
...literacki koniec internetu...
szybki wybór opowiadania
losowe
zbiorki opowiadań
[PC] Paper Children
; ;
Liczba opowiadań: 32
Ostatnie opowiadanie z dnia:
18 kwietnia 2019
18 kwietnia 2019, 22:40
Nie ufaj lustrom
(harmonia)
średnia ocen: 5.7
liczba ocen: 92
12 grudnia 2018, 01:44
Sen o wycieczce na dziewczyny
średnia ocen: 5.66
liczba ocen: 65
8 maja 2018, 20:48
Komiks o dorosłości, vol. 1
średnia ocen: 5.59
liczba ocen: 52
4 maja 2018, 21:55
[PC] Drawing Time
średnia ocen: 5.63
liczba ocen: 49
23 kwietnia 2018, 00:25
Cena sprawiedliwości
ratio: -2
średnia ocen: 5.5
liczba ocen: 44
23 marca 2018, 23:19
Przeklęta ciucharnia na Targowej
ratio: -8
średnia ocen: 5.62
liczba ocen: 62
13 lipca 2017, 00:32
Miku ga Musei (Milcząca Miku)
ratio: -8
średnia ocen: 5.26
liczba ocen: 67
12 września 2016, 14:57
Wywiad z najemniczką
ratio: -1
średnia ocen: 5.22
liczba ocen: 59
9 lipca 2016, 16:23
Moja mama jest wilkołaczką
ratio: -9
średnia ocen: 6.15
liczba ocen: 13
14 sierpnia 2015, 23:28
Surykatkopost
ratio: -5
średnia ocen: 5.26
liczba ocen: 49
pokaż więcej

Moja mama jest wilkołaczką

Co tu dużo mówić - moja mama jest wilkołaczką... ;)

Impreza

Nigdy wcześniej nie byłem na imprezie z prawdziwego zdarzenia, tj. na takiej z losowymi ludźmi - de facto znajomymi znajomych, ich znajomymi itp. Pewnej upalnej piątkowej nocy (wydaje mi się, że na kilka tygodni przed maturą) załapałem się na taką właśnie integracyjno-rekreacyjną domówkę. Oczywiście od dawna wiedziałem, że moja mama jest wilkołaczką i wywęszy wszystko, co przed nią zataję, toteż przed wyjściem z domu zadbałem o odpowiednie zabezpieczenie przed jej wilczymi zmysłami. Sądziłem, że pół cysterny perfum na moim ciele, ubraniu i włosach stłumi zapach alkoholu, który zamierzałem w siebie wlać, a główka czosnku zjedzona w taktycznym momencie (czyli w drodze powrotnej do domu) zadba o "świeżość" mojego oddechu i uniemożliwi wyczytanie z niego jakichkolwiek informacji. Ostre i intensywne zapachy (jak choćby wspomniany czosnek) powodują u wilkowatych niemal fizyczny ból. Mama oczywiście nigdy nie pozwoliłaby mi pojść na ten rodzaj imprezy, toteż wcisnąłem jej kit, że idę na randkę i dziewczyną, która mi się podoba. Poszło jak z płatka, jedyny postawiony przede mną warunek to stawienie się w domu przed 23.

Domówka trwała w najlepsze, a co za rzeczy się na niej działy... nie chciałem w połowie zabawy zaliczyć zgona, więc wypiłem mało - dwa piwa, kieliszek wódki i kilka łyków jakiegoś gorzkiego jabola. Rytmiczna muzyka bębniła na cały blok elektronicznymi bitami, pozostawiając w głowie dźwięk wibrujący jeszcze przez kilka sekund po usłyszeniu go, a wirująca kula domowej roboty otumaniała migającymi kolorami, ba, ktoś nawet skombinował kilkanaście gramów własnoręcznie wyhodowanej trawki. Bez większego wahania dałem się ponieść imprezowemu szaleństwu i wypaliłem pół skręta naraz. Potem nie miałem pojęcia, czemu śmiałem się z końskich ogonów czy kształtu jabłek, ale wówczas wydawało mi się to przezabawne. W pewnej chwili do pokoju zajrzał zbudzony hałasem przygruby pies gospodarza, ale gdy tylko poczuł konopny dym, to rozkasłał się zniesmaczony, co z kolei wywołało taką salwę śmiechu, że odwrócił się i odczłapał z zażenowaniem do swojego legowiska. W takim stanie znajdowali się w zasadzie wszyscy, alkohol dalej lał się wartkim strumieniem, a w pokoju było szaro od dymu. Z jakiegoś powodu uznałem, że warto by było dla śmiechu skraść jakiejś pannie całusa, więc podszedłem do tej, która wydawała się najłatwiejsza i rzuciłem tekstem w stylu "widziałem, jak piłaś piwo". Zapamiętałem jedynie tyle, że miała duże cycki i śnieżnobiałe włosy, a potem w jakiś niewyjaśniony sposób znaleźliśmy się w łóżku w pokoju na pięterku. Przez myśl przemknęło mi, że trzeba by skombinować jakieś gumki czy coś, ale jakoś nie było na to czasu...

Wróciłem do domu o 23:07 pamiętawszy o zjedzeniu czosnku w drodze powrotnej. Mama przymknęła oko na drobne spóźnienie, a moja antyzapachowa obrona zadziała zgodnie z planem - mama nie wyczuła absolutnie nic poza perfumami i czosnkiem. Wyjaśniłem, że zjedliśmy po kebabie.

Następnego dnia rozpętało się piekło...

Zostałem brutalnie obudzony około siódmej rano, mama stała nade mną i potrząsała mną jak workiem ziemniaków. Z jej szerokiego uśmiechu wywnioskowałem, że wolałaby mną potrząsać raczej zębami niż rękami. Dla osoby niewtajemniczonej w nasze rodzinne tajemnice jej szeroki uśmiech to oznaka radości, ale gdy wiadomo, że to wilk prezentuje w ten sposób swe uzębienie, to nagle człowiek pragnie znaleźć się kilka(set) kilometrów dalej... uch... postanowiłem udawać głupiego i grać na zwłokę.
- Czego mnie budzisz? - spytałem udając zaspanie. W tej chwili mój umysł rozpaczliwie szukał wyjścia z sytuacji pracując na najwyższych obrotach. Udało mu się wymyślić tylko tyle, żeby unikać wzroku mamy.
- Co to za zapachy na tobie?! Tak się spotykasz z przyjaciółką?! Myślisz sobie, że trochę perfum i czosnku załatwi sprawę?! Odpowiedz! - wrzasnęła wściekle mama. Dziwnym trafem przypominało to bardziej gardłowy warkot niż krzyk.
- Jakie zapachy? Ja nic nie wiem...
- NIE KŁAM! Spójrz mi w oczy, szczenię! - spojrzałem na jakieś ćwierć sekundy, a to, co tam dojrzałem, kazało mi natychmiast odwrócić wzrok.
- Normalnie zrobiłabym ci awanturę za picie alkoholu, ale czuję na tobie jeszcze inne zapachy, o których zaraz sobie porozmawiamy. Przy okazji - dodała kąśliwie. - na przyszłość kup lepsze piwo niż Wojak i nie mieszaj alkoholi. - wiedziałem, że zrobiła to tylko po to, żeby popisać się przede mną swoim nadludzkim węchem. Dojrzałem z tyłu za nią młodszą siostrę zaglądającą ciekawie do mojego pokoju. Durna gimbuska chichotała złośliwie i wykonywała obraźliwe gesty w moim kierunku.
- KLAUDIA, WON MI STĄD ALBO CIĘ POGRYZĘ! - mama kłapnęła groźnie zębami za siebie, a moja głupia siostra natychmiast uciekła, aż jej klapek spadł z nogi.
- Co do ciebie, szczenię... zażywając narkotyki narażasz całe nasze stado na nieprzyjemności. Ślady po marihuanie utrzymują się we krwi przez okres jednego miesiąca, i właśnie przez tyle czasu nie wyjdziesz z domu. NIGDZIE. - ostatnie słowo wypowiedziała niemal jak szczeknięcie.
- A co ze szkołą?! - ogarnęła mnie groza, z moją matką nie ma żartów.
- Trzeba było o tym pomyśleć wcześniej. Nigdzie, to nigdzie. Następna sprawa, szczenię. Jesteś pewny, że dasz radę utrzymać nowego członka stada?
Zajęło mi chwilę przełożenie jej wypowiedzi na ludzki w kontekście moich poczynań na wczorajszej imprezie.
- CO?! Że jak?! Co ty insynuujesz? Ja nie...
- Nie użyłeś żadnych zabezpieczeń, wyczułabym lateks. - inną przypadłością mojej mamy jest to, że jako wilkołaczka nie posiada praktycznie żadnych tematów tabu czy typowo ludzkich zahamowań. Sprawy stada to sprawy stada.
- Użyłem! Nie moja wina, że...
- Skłam jeszcze raz, a odgryzę ci rękę.
- Um... no dobra, nie było czasu na zabezpieczanie się. - powiedziałem cały zarumieniony. - Ale to...
- Jeśli ta samica urodzi twoje szczenię, to ty będziesz się nim zajmował i o nie dbał, nie ja. Takie działania oznaczają dla wilka wiek dojrzałości i samodzielności.
- Ale ja nie jestem wilkołakiem... - jęknąłem. Mama wyszczerzyła tylko zęby i warknęła:
- Ale ja jestem, i dodatkowo jestem tu alfą. Chcesz być częścią stada - słuchasz się mnie. Rozumiemy się?
- Tak...
- Nie dosłyszałam.
- Tak.
- Słucham?
- Tak!
- Dlaczego krzyczysz?!
- Bo nie słyszałaś!
- Odpyskuj mi tak jeszcze raz, to ci przegryzę gardło.

Miesiąc później byłem już duuużo mądrzejszym człowiekiem z silną odrazą do trawki i alkoholu oraz miesiącem opuszczonych godzin lekcyjnych...

Podobało się? A może się nie podobało? Zostaw feedback! :)
Możesz zostawić prostego "lajka"... ...lub bardziej szczegółową ocenę. :)
(C)ymelium - blog designed by olokotampus, 2015-2018