Cymelium
...literacki koniec internetu...
szybki wybór opowiadania
losowe
zbiorki opowiadań
[PC] Paper Children
; ;
Liczba opowiadań: 32
Ostatnie opowiadanie z dnia:
18 kwietnia 2019
18 kwietnia 2019, 22:40
Nie ufaj lustrom
ratio: -4
średnia ocen: 5.63
liczba ocen: 52
12 grudnia 2018, 01:44
Sen o wycieczce na dziewczyny
średnia ocen: 5.83
liczba ocen: 49
8 maja 2018, 20:48
Komiks o dorosłości, vol. 1
średnia ocen: 5.71
liczba ocen: 42
4 maja 2018, 21:55
[PC] Drawing Time
średnia ocen: 5.82
liczba ocen: 35
23 kwietnia 2018, 00:25
Cena sprawiedliwości
ratio: -2
średnia ocen: 5.63
liczba ocen: 30
23 marca 2018, 23:19
Przeklęta ciucharnia na Targowej
ratio: -9
średnia ocen: 5.68
liczba ocen: 45
13 lipca 2017, 00:32
Miku ga Musei (Milcząca Miku)
ratio: -7
średnia ocen: 5.24
liczba ocen: 57
12 września 2016, 14:57
Wywiad z najemniczką
średnia ocen: 5.15
liczba ocen: 46
9 lipca 2016, 16:23
Moja mama jest wilkołaczką
ratio: -8
średnia ocen: 6.15
liczba ocen: 13
14 sierpnia 2015, 23:28
Surykatkopost
ratio: -2
średnia ocen: 5.41
liczba ocen: 39
pokaż więcej

Akta operacji Doppelganger

Siedziałam w umówionej kawiarni jak na szpilkach już od ponad godziny, lecz on ciągle nie przychodził. Zamówiłam trzecią kawę i macę z pomidorami, czekałam dalej. Jeszcze raz sprawdziłam, czy nie pomyliłam daty, godziny lub miejsca, ale nie, wszystko pasowało; poza tym przeczucie podpowiadało mi, że warto zaczekać dłużej, choćby miało to nawet oznaczać spędzenie całego dnia w tej kafejce - co, nawiasem mówiąc, byłoby całkiem przyjemne, jako że pogoda (jesienny deszcz z gradem...) nie zachęcała do wyjścia na dwór. Żeby zabić czymś czas, po raz kolejny taksowałam wzrokiem wnętrze sutereny. Mimo, że pomieszczenie było niewielkie, by nie powiedzieć - przyciasne - to jednak na swój sposób przytulne, a panująca w nim atmosfera koiła zmysły niczym matczyny dotyk, zapewne dzięki grubym woskowym świeczkom palącym się na malutkich stoliczkach; swoją drogą głowę bym dała, że wykonano je z prawdziwego pszczelego wosku. Efekt potęgowały porozstawiane tu i ówdzie menory oblane wiekowym woskiem (niektóre sprawiały wrażenie wręcz przymocowanych nim do podłogi), a także gwiazdy Dawida zaciekle walczące o miejsce na ścianach ze szkicami dawno zmarłych posiadaczy pejsów odzianych w charakterystyczne czarne kapelusze i długie chałaty. Im dłużej wpatrywałam się w szczegóły, tym więcej ich dostrzegałam; mnożyły się niemal w moich oczach, by za chwilę zniknąć pod natłokiem innych, które usilnie chciały być zobaczone. Moją uwagę przykuła macew leżąca na krześle na drugim końcu salki... zamrugałam oczami ze zdziwieniem i stwierdziłam, że to tylko stara gazeta; ciężkie od wonnego kadzidła powietrze musiało mnie nieźle otumanić. Odkaszlnęłam, poprawiłam czerwoną chustę na szyi - mój znak rozpoznawczy - i wciąż czekałam.
Kilkanaście długich minut potem, coraz bardziej senna i odpływająca, doczekałam się.
- Przepraszam? Przepraszam, pani jest może tą dziennikarką? - spojrzałam na niego tępawo, nie mogłam skupić myśli od wszechobecnego dymu. - Przepraszam? - olśnienie, energicznie kiwnęłam głową parę razy. Nie wiem, ile czasu stał obok mnie i zagadywał, ale poczułam się dość głupio.
- Proszę wybaczyć, to przez ten dym... nie mam nic przeciwko niemu, ale jest go za dużo jak dla mnie. - usłyszałam swój głos i zachichotałam nerwowo. - Miał pan być ponad godzinę temu?... - dodałam po chwili, delikatnie sugerując złożenie stosownych wyjaśnień.
- Um, proszę wybaczyć, musiałem mieć pewność, że nie jestem śledzony. To... dość poważna i skomplikowana sprawa... między innymi dlatego wybrałem na miejsce naszego spotkania podziemie, tu przynajmniej żaden snajper nie zestrzeli mnie z dachu kamienicy.
- Słucham? - o rany, w co ja się wpakowałam... ale to znaczy, że materiał, który zdobędę, to coś naprawdę grubego, coś, o czym świat powinien się dowiedzieć. - To żart? - spytałam bez przekonania.
- Nie, jestem śmiertelnie poważny. Wiem, że jestem śledzony przez 24 godziny na dobę, że mam założone w domu podsłuchy i że w każdej chwili ktoś może czyhać na moje życie. Można? - pauza, mężczyzna pociągnął spory łyk mojej kawy nie czekając na odpowiedź. - Dlatego tak ważne jest, żeby ktoś dowiedział się o wszystkim, zanim zostanę uciszony przez byłych pracodawców.
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że nawet mu się dokładnie nie przyjrzałam. Był wysoki i dobrze zbudowany, wręcz barczysty; nosił niewyróżniającą się niczym szczególnym brązową skórzaną kurtkę... sam też niczym się nie wyróżniał, rzekłabym nawet, iż jego znakiem szczególnym był brak znaków szczególnych. Na jego twarzy dostrzegłam kilkudniowy zarost, włosy barwy siwiejącego kasztana miał przetłuszczone i poczochrane.
- Proszę, niech pan usiądzie. Przejdziemy na ty? Monika. Mam nadzieję, że spędzimy czas produktywnie. - wyciągnęłam do niego rękę. Jego uścisk był tak mocny, że spodziewałam się pogruchotanych kości.
- Rafał, miło mi.
Kątem oka zobaczyłam coś, co wcześniej bardzo dobrze maskował całym ciałem - prawy rękaw jego kurtki był poszarpany i zroszony drobinkami świeżej krwi.
- Co ci się stało w prawą rękę?
- Ktoś za mną szedł od mojego mieszkania aż na starówkę, wynajęty zbir, jak sądzę. Kilka razy myślałem, że udało mi się go zgubić w tłumie, ale nie. Zwabiłem go zatem do ślepego zaułka w jakiejś bramie i dałem kilka razy po pysku. Miał nóż. - zmęczone westchnienie przepełnione rezygnacją. - Co prawda zniszczył mi kurtkę, ale za to stał się uboższy o parę zębów.
- Ojej. - w tej chwili tylko to przychodziło mi do głowy; czułam się niewiarygodnie głupio. - Um, może zaczniemy? - Rafał kiwnął głową, więc wyjęłam i włączyłam dyktafon
- Wspominałeś, że Twoje życie jest... - szukałam przez chwilę odpowiedniego słowa, niezbyt dramatycznego, a jednocześnie dobitnego. - ...zagrożone. Co takiego zrobiłeś, lub czego nie zrobiłeś, że sprawy przybrały tak nieciekawy obrót?
- Projekt, nad którym pracowaliśmy, był objęty ścisłą tajemnicą. Jak to zwykle bywa przy tego typu przedsięwzięciach, obowiązywała mnie klauzula milczenia, której dotrzymać po prostu nie mogłem, bo nie pozwalało mi na to sumienie, wiesz, jak to jest. Po prostu czujesz, że musisz komuś powiedzieć, albo zwariujesz. - pociągnął łyk wody ze szklanki, nawet nie zauważyłam, kiedy kelner ją przyniósł.
- Kim w ogóle byli Twoi pracodawcy?
- Mówi ci coś nazwa Ahnenerbe?
- Nazistowska organizacja wchodząca w skład SS, przeprowadzali bestialskie eksperymenty na ludziach, jeśli się nie mylę.
- Taaak, nie mylisz się... - podrapał się po nosie. - ...ale to tylko oficjalna wersja. Nieoficjalna jest taka, że badali zjawiska paranormalne, wiesz, wampiry, wilkołaki, wywoływanie demonów i całą resztę. - mimowolnie zmarszczyłam brwi w dezaprobacie. - Nie rób takiej miny, wiem, że brzmi to jak tania historia z rodem brukowców, ale prawda jest taka, że oni *naprawdę* się tym zajmowali. Po wojnie Amerykanie utajnili wszystkie dane i zrobili na ich podstawie durnowate komiksy, wiesz, żeby ludzie myśleli, że to bujda. Członkowie Ahnenerbe zostali uznani za zbrodniarzy, dziękuję, sprawa zamknięta. Tylko że wyniki ich badań zgarnął rząd USA i ukrył w archiwach. Pamiętasz tę scenę z pierwszego Indiany Jonesa, jak pakują Arkę Przymierza do takiego wielkiego magazynu pełnego skrzynek z podobnymi tajemnicami? - kiwnęłam głową coraz bardziej spodziewając się, że nagle ktoś wyskoczy i krzyknie: "mamy Cię!", ale nic takiego się nie działo. - Wcale bym się nie zdziwił, gdyby takie miejsce gdzieś istniało, a cały film nakręcono tylko po to, żeby ogłupić ludzi. W każdym razie wyniki badań przejęli Amerykanie. Kilka lat temu zbudowali podziemny kompleks badawczy gdzieś w Polsce, nawet ja sam nie wiem, gdzie dokładnie. Podejrzewam, że ta lokalizacja ma wiele wspólnego z naszym zachodnim sąsiadem. Nie wiem, czemu złożyli ofertę pracy akurat mi, w końcu byłem tylko przeciętnym nauczycielem informatyki w przeciętnym gimnazjum. W każdym razie zaoferowali mi sto tysięcy dolarów miesięcznie za przeliczanie niekończących się rządków liczb na wydrukach i zaznaczanie kółeczkiem kilku z nich na chybił-trafił. - wzruszył ramionami i upił kolejny łyk wody. - Zmierzam do tego, że Amerykanie używali nazistowskich wyników badań.
- Brzmi jak kiepska teoria spiskowa.
- Wierz mi albo nie wierz, ale widziałem na własne oczy takie rzeczy, że powinienem wylądować w psychiatryku.
- Jakie nie przykład?
- O ile nie ma nic nadnaturalnego w krzyżowaniu ludzkich płodów z niedźwiedzimi, pozostaje przy tym jedynie kwestia mocno naruszonej etyki zawodowej, o tyle próba wywołania demona skończyła się totalnym fiaskiem. Wszystkie nasze wyliczenia były prawidłowe, a mimo to z kręgu przywołania nie wylazło nic, tak przynajmniej nam się zdawało. Ja nie brałem bezpośredniego udziału w przywoływaniu, ale inni mieli dużo mniej szczęścia. W ciągu tygodnia wszystkich sześciu przywoływaczy zmarło. Pierwszego znaleźliśmy ususzonego jak egipskiego faraona, wyglądało na to, że mył zęby, gdy to się stało, bo jego palce zacisnęły się kurczowo na szczoteczce. Drugi leżał we własnym łóżku w kałuży różowawej cieczy, z której sterczały włosy, i był kompletnie pozbawiony skóry. Trzeci zapadł się w sobie przy śniadaniu, sekcja zwłok wykazała, że jego organy po prostu zniknęły. Wyglądał jak materac, z którego spuszczono powietrze. Czwarty... - słuchałam zafascynowana, pragnąc jednocześnie, by przestał, gdyż moja bujna wyobraźnia potrafiła wszystko to odtworzyć, jakbym sama tam była, a jednocześnie pragnąc wysłuchać go do końca. - ...ugotował się pod prysznicem. Piąty zwyczajnie zniknął, ale po pół roku znaleźliśmy jego szkielet w schowku na skoroszyty. No i szósty, ten był naprawdę efektowny. Pewnego dnia po prostu wybuchł, obryzgując przy tym dwadzieścia trzy osoby... eee... sobą. Do dziś mam ich wszystkich przed oczyma, gdy zasypiam. Egzorcyzmy nic nie pomogły, dopóki tych sześciu nie zginęło. Mnóstwo było takich przypadków, ale dopiero po jednym z nich stwierdziłem: dość tego, odchodzę. Zapewnili mnie, że nadal będą wypłacać mi wynagrodzenie, byle bym tylko milczał. Za taką pensję mógłbym zabrać rodzinę na Karaiby do końca życia, ale byłem pewny, że nie dam sobie psychicznie rady z takim ciężarem.
- Co przelało czarę goryczy? - zapytałam drewnianym głosem.
- Prowadziliśmy badania nad teleportacją. Wszystko bardzo pięknie, udało nam się na muszkach owocówkach, potem na żuczkach, myszkach, kotkach itd. Jedyny efekt uboczny to wzmożona agresja po teleportacji, nie dająca się zbić lekami uspokajającymi. Uśpiliśmy wszystko, co nie zginęło podczas eksperymentów. Jak się można domyślić, w końcu doszło do prób na ludziach. Przysłali nam z Ameryki kilkunastu ludzi, dano im wybór: krzesło, albo eksperymenty i po nich dożywocie. Efekt był taki sam: zachowywali się jak zwierzęta, kompletnie oszaleli. Raz jeden wyrwał się naukowcom, zatłukł jednego z nich mikroskopem i zbiegł, musieliśmy użyć ciężkiej amunicji. Gdy patrzyłem w ich oczy przez lustro izolatki... to były oczy niepoczytalnych bestii z wścieklizną, nie ludzi. Eksperymenty posuwały się dalej, wytrzymywałem to jakoś. Ale pewnego razu ktoś wpadł na genialny pomysł... nie obrazisz Moniko, jeśli zapytam, jak wiele wiesz na temat teleportacji?
- Skądże. Z tego co wiem z książek i filmów science fiction, teleportacja to zniknięcie człowieka z jednego miejsca i pojawienie się go w innym.
- Taaak, ale to zbyt ogólne pojęcie. Wiesz, jak to się odbywa na poziomie molekularnym? - pokręciłam głową. - Otóż człowiek jest redukowany do postaci zapisu w komputerze, staje się plikiem, który można edytować, kopiować i odtwarzać. Zdaje się, że wtedy dusza człowieka ulega zatraceniu, to by tłumaczyło te napady szału. Cholera, zaczęli grzebać przy tych ludziach, gdy byli w trakcie teleportacji, chyba chcieli stworzyć nadczłowieka, czy coś... w każdym razie ulepszyli siłę ich mięśni, umysłu, namieszali im w DNA. To, co wyszło z teleportera, nie wyglądało mi ani trochę na człowieka. Wielka, przerośnięta góra mięśni bez szyi, z nogami wyrastającymi z góry tułowia i wieloma zniekształconymi twarzami w różnych dziwnych miejscach... pożyło chwilę, porzucało się, rozbiło szybę w izolatce jednym ciosem i samoistnie umarło. Wtedy podjąłem decyzję, że odchodzę. Jak dla mnie niczym nie różniło się eksperymentów Himmlera, tyle tylko, że robili to Amerykanie i mieli dostęp do najnowszych technologii.
- Och... - nie mogłam znaleźć słów. Jeśli chociaż jedna dziesiąta z tego, co mówi jest prawdą, to właśnie trafiłam na coś, co mogło wywołać trzecią wojnę światową.
- Krótko po tym, jak zrezygnowałem, zadzwonił do mnie przyjaciel po fachu. Miał roztrzęsiony głos, gadał bez ładu i składu, w tle słyszałem syreny alarmowe i serie z karabinów.
- Myślałam, że w tej podziemnej bazie nie ma zasięgu?
- Bo nie ma. Każdy z nas dostał telefon satelitarny. W każdym razie z jego bełkotu zrozumiałem tyle, że projekt upadł i że zaczęli mordować każdego, kto nie obiecał pod karabinem trzymać gęby na kłódkę. Dwa dni potem dostałem na maila akta sprawy. Te stwory... wyglądało na to, że zaczęli je klonować na potęgę i w końcu opanowały one ośrodek, przez co musieli dyskretnie zdetonować bombę atomową w środku.
- Co?!... - oniemiałam. - Jak, do licha ciężkiego, można zdetonować po cichu atomówkę?!
- Och, źle mnie zrozumiałaś. Po prostu precyzyjnie napromieniowali teren bazy i otoczyli go drutem kolczastym, po czym spalili wszystko, co było w środku. Jak dla mnie to nie wystarczy, a ostatnie, czego nam trzeba, to apokalipsa zombie.
- Niesamowita historia... ale myślisz, że ktoś mi w nią uwierzy?
- I w tym sęk - takie historie zostały spopularyzowane jako tanie filmy klasy B, po to tylko, żeby nikt w nie nie uwierzył. Proste, ale zaskakująco genialne, prawda? - przytaknęłam bez słowa. - Powiedziałem Ci wszystko co wiem. Myślę, że powinienem... tak, chyba wyjadę z Polski. Może zabiorę rodzinę do Japonii, tam nie sięga ręka wuja Sama... mój syn i żona uwielbiają ich kulturę i te śmieszne bajeczki, myślę, że im tam się spodoba. Córka... mhmm... nieważne, będę się zbierał. - dopił wodę i wyszedł. Ja siedziałam jeszcze chwilę, zastanawiając się, co zrobić z nowo zdobytym materiałem. Jeśli to wszystko prawda, to właśnie odkryłam temat-sensację! Zatrzymałam dyktafon i bez chwili zwłoki ruszyłam do domu, żeby przygotować artykuł.

***

Reporterka nie dotarła do domu, a zebrane przez nią informacje nigdy nie ujrzały światła dziennego. Dwa dni po spotkaniu z byłym naukowcem Trzeciej Rzeszy jej ciało zostało znalezione w śmietniku w jednym z bocznych zaułków. W jej głowie i sercu tkwiły srebrne kule, a sama głowa została precyzyjnie odcięta od szyi. Po półrocznym dochodzeniu policja nie znalazła sprawców i zamknęła sprawę.

Podobało się? A może się nie podobało? Zostaw feedback! :)
Możesz zostawić prostego "lajka"... ...lub bardziej szczegółową ocenę. :)
(C)ymelium - blog designed by olokotampus, 2015-2018